VENUS
– Wyjdź za mnie.
Mój mózg zaliczył zwarcie.
– C-co? – Zamrugałam, poprawiając na nosie moje za duże okulary – porysowane, krzywe i trzymające się życia równie mocno co resztki mojego zdrowia psychicznego. Jego oczy śledziły ten ruch, przepełnione pogardą. Typowe.
– Słyszałaś mnie – odparł chłodno, jakby właśnie poprosił o przełożenie spotkania, a nie oświadczył się kobiecie, którą przez równe dwa miesiące traktował jak biurowe śmieci.
Boże, jak ja nienawidzę tego człowieka.
– Co to jest, jakaś nowa taktyka wojny psychologicznej? – Skrzyżowałam ramiona. – Bo ten cały emocjonalny znój, który mi zafundowałeś, to wciąż mało?
– Wyjdź za mnie, a ja...
– Nie. – Mój głos przeciął napięcie niczym ostrze. Ostro. Ostatecznie.
Zamrugał. Tylko raz. Ale to dostrzegłam – zaskoczenie. Jakby możliwość bycia odrzuconym nigdy nawet nie przeszła mu przez myśl.
– Nie? – powtórzył, lekko urażony.
Nie sądziłeś, że kiedykolwiek ci się postawię, prawda?
– Chcesz to usłyszeć po hiszpańsku? Francusku? Alfabetem Morse'a?
– Nawet nie wysłuchałaś mojej propozycji.
– Nie chcę twojej propozycji. – Podniosłam głos. – Nie interesuje mnie ten pokręcony układ, który uknułeś w swoim niedostępnym emocjonalnie mózgu.
Odchylił się na oparcie fotela, a jego wargi drgnęły. To nie był do końca uśmieszek, raczej coś chłodniejszego.
– Milion dolarów.
Cisza.
Moje serce zająknęło się w piersi. Oszalał. Byłam teraz szczerze zaniepokojona. Uderzył się w głowę czy jak?
– Milion? – zapytałam z niedowierzaniem. – Myślisz, że rzucenie we mnie pieniędzmi wynagrodzi te miesiące, przez które niszczyłeś mnie mikrozarządzaniem aż do utraty tchu? Traktowałeś mnie jak łatwy do zastąpienia personel, a teraz nagle jestem materiałem na żonę?
– Będziesz miała czas to przemyśleć – powiedział gładko. Spokojny. Opanowany. Wyrachowany. Jakby właśnie nie wywrócił mojego świata do góry nogami.
Prychnęłam i rzuciłam teczkę na jego biurko z trzaskiem. – Oto raport, o który prosiłeś. I nie, nie jestem na sprzedaż. Nie jesteś diabłem w przebraniu, Sinclair. Ty jesteś przebraniem.
A potem wyszłam.
I po raz pierwszy, odkąd dla niego pracuję... nie było żadnego odwetu. Żadnych złośliwych uwag. Żadnych pasywno-agresywnych notatek.
Tylko cisza.
To powinno przypominać spokój.
Ale tak nie było.
Kiedy wychodziłam z pracy, ciężar tego wszystkiego uciskał moją klatkę piersiową – jak w chwilę przed burzą. Przy windzie wpadłam na Jude'a.
– Wychodzisz wcześniej – zauważył.
– Ta – odparłam ze zmęczonym uśmiechem. – Muszę zajrzeć do mamy.
– Pozdrów ją ode mnie.
Skinęłam głową, pomachałam mu i ruszyłam do domu, mając nadzieję na ciszę.
Dostałam ją.
Ale nie taką, jakiej chciałam.
Mieszkanie było ciche. Zbyt ciche.
Otworzyłam drzwi do sypialni i żołądek podszedł mi do gardła.
Wywrócone szuflady. Ściągnięta pościel. Moja szafa otwarta szeroko jak rana.
– Nie – szepnęłam, rzucając się w stronę pudełka pod łóżkiem.
Puste.
Zniknęło. Każdy dolar, którego uciułałam i zaoszczędziłam na chemię mamy. Miesiące napiwków, zarywanych nocy, omijanych posiłków wyparowały.
Nie było żadnych śladów włamania. Wybitych okien. Uszkodzonego zamka.
Wniosek był tylko jeden.
Tylko jedna osoba miała klucz.
Tylko jedna osoba zawsze brała ode mnie więcej, niż mi dawała.
Dain.






