VENUS
Był czwartkowy poranek i poszłam odwiedzić mamę, żeby sprawdzić, jak się czuje i upewnić się, że wszystko u niej dobrze. Byłam dobrej myśli co do jej chemioterapii, a po raz pierwszy od dłuższego czasu nie musiałam martwić się o pieniądze. Od czasu, gdy wyrzuciłam Daina, nie widziałam go. I krzyżyk na drogę. Zmieniłam nawet zamek w drzwiach, żeby znów poczuć się bezpiecznie.
Przeanalizowałam kontrakt i po długim namyśle zdecydowałam, że podpiszę go i złożę jeszcze dziś, po wizycie u mamy. Teraz siedziałam w fotelu obok jej szpitalnego łóżka. Spała, a jej oddech był miarowy i cichy.
– Hej, śpioszku – mruknęłam, gdy w końcu się poruszyła.
– Venus? – Przeciągnęła się i zamrugała. – Jak długo spałam? Dlaczego mnie nie obudziłaś?
– Potrzebujesz tyle odpoczynku, ile tylko możesz dostać, mamo. – Ujęłam jej dłoń i delikatnie ścisnęłam. – Przyniosłam twój ulubiony sok z mango. – Postawiłam butelkę na szafce nocnej. – I... nie byłam pewna, czy masz ochotę na babeczki, ale wzięłam kilka na wszelki wypadek. Mam nadzieję, że możesz je jeść. – Postawiłam małe pudełeczko świeżo upieczonych babeczek obok soku.
– Dlaczego miałabym nie móc? – zaśmiała się cicho. – Dziękuję ci bardzo. Zaczynałam już mieć dosyć szpitalnego jedzenia. – W jej oczach wezbrały łzy, a na twarzy pojawił się uśmiech.
– Hej, mamo, nie płacz z powodu babeczek – zażartowałam, próbując rozładować atmosferę.
– Dain? Miałaś od niego jakieś wieści? – zapytała niepewnie. To była ta część moich wizyt, której zawsze obawiałam się najbardziej.
– U niego wszystko w porządku. Zatrzymuje się u Billy'ego – skłamałam, wymuszając delikatny uśmiech. Prawda była taka, że nie miałam pojęcia, gdzie on jest, i wcale mnie to nie obchodziło.
– Och, w porządku. – W jej głosie zadźwięczało rozczarowanie. Miała nadzieję, że ją odwiedzi. Nie odwiedzi.
Spojrzałam na zegarek. – Będę się już zbierać do pracy. Zobaczymy się później, dobrze? – Pochyliłam się i pocałowałam ją w nos.
– Kocham cię, Venus.
– Ja ciebie bardziej. – I z tymi słowami wyszłam.
Czas zmierzyć się z moim szefem – moim przyszłym mężem, przypomniałam sobie, zanosząc się w duchu wewnętrznym, histerycznym śmiechem na absurd tej całej sytuacji.
Nie było dużego ruchu, więc dotarłam do biura na czas. Po zameldowaniu się u recepcjonistki dowiedziałam się, że pan Sinclair już jest na miejscu.
Usiadłam przy swoim biurku, uporządkowałam rzeczy i wzięłam głęboki oddech, zanim zapukałam do jego drzwi.
– Proszę.
Weszłam do środka. Opierał się w fotelu, emanując tą samą diabelną arogancją, co zawsze.
– Dzień dobry, panie Sinclair.
Podniósł wzrok znad papierów, jego oczy przelotnie mnie omiotły. Poprawiłam okulary i zauważyłam, że jego spojrzenie podążyło za tym ruchem.
– Dzień dobry, panno Astor.
– Ja, yyy... zapoznałam się z umową i podpisałam ją. – Podałam mu teczkę. Otworzył ją, przeskanował wzrokiem mój podpis i krótko skinął głową.
– Dobrze. Załatwię ci kopię kontraktu. Dziś po południu złożysz wypowiedzenie.
Wstał i obszedł biurko, zatrzymując się tuż przede mną. Zaparło mi dech w piersiach.
– Żeby przekonać ludzi, że jesteśmy razem, musisz odpowiednio wyglądać, Venus.
Po raz pierwszy wypowiedział moje imię, a usłyszeć je z jego ust było jak gorący płomień liżący moją skórę – niebezpieczne, ale niezwykle rozkoszne.
Wyciągnął rękę i odgarnął mi włosy na bok, a jego dotyk był lekki, lecz stanowczy.
– Czeka cię metamorfoza. O ile się nie mylę, tak to wy, kobiety, nazywacie. Nie mogę pokazać się z tobą publicznie, kiedy tak wyglądasz.
Dupek.
– Nie zabiłoby cię bycie miłym. Jak mamy przekonać ludzi, że jesteśmy zakochani, skoro ciągle patrzysz na mnie, jakbyś nie mógł mnie znieść?
Jego wargi drgnęły, ale nie powiedział nic. Zaczynałam się zastanawiać, czy aby na pewno nie podpisałam właśnie paktu z samym diabłem.
– Zależy mi, żeby to wypaliło, panno Astor. Zrobię wszystko, żeby tak się stało, wliczając w to tolerowanie ciebie. Pracuję nad tym. Nie rozumiałam, dlaczego tak bardzo mnie nie znosił. Przecież nic mu nie zrobiłam.
– Dobrze, bo skoro w to wchodzę, musisz być dla mnie milszy, jako że nie jestem już twoją asystentką, ale partnerką.
Zacisnął zęby. – Jasne jak słońce. – Wrócił na swoje miejsce. – Connor będzie tu za kilka godzin i zajmie się resztą. Może pani odejść, panno Astor.
Nie ruszyłam się z miejsca.
Uniósł brew. – Wyraziłem się niejasno?
– Nie. – Wyprostowałam się, mój głos był opanowany. – Ale jest coś jeszcze.
Odchylił się do tyłu, zaintrygowany. – Słucham.
– Wiem, że to fałszywe małżeństwo, kontrakt dla zachowania pozorów – powiedziałam, podchodząc bliżej jego biurka, nie pozwalając mu się zastraszyć. – Ale prosiłeś o lojalność. Powiedziałeś, że muszę być postrzegana jako twoja partnerka w każdym tego słowa znaczeniu.
– Zgadza się.
– Oczekuję zatem tego samego od ciebie, panie Sinclair – powiedziałam słodkim, ale stanowczym tonem. – Żadnych romansów. Żadnych przygód na jedną noc. Żadnych tajemniczych kobiet wymykających się z pokoi hotelowych w trakcie naszego małżeństwa. Skoro mam być z tobą związana, chociażby na papierze, wymagam wyłączności. Może to nie jest miłość, ale niech mnie diabli, jeśli dam się upokorzyć.
Coś błysnęło w jego oczach – zdziwienie, a może nawet podziw – ale szybko to zamaskował.
– Zgłaszasz roszczenia do mnie, panno Astor? – zapytał cichym, niebezpiecznym głosem.
Nie drgnęłam. – Owszem. To tylko sprawiedliwe.
Znów wstał powoli, niczym drapieżnik zaintrygowany swoją ofiarą. – Nie masz prawa stawiać żądań. To ty tego potrzebowałaś.
– A jednak – uśmiechnęłam się złośliwie, wkraczając w jego przestrzeń – to ty przyszedłeś do mnie.
Zmierzył mnie wzrokiem, napięcie między nami było namacalne. – Zgoda – powiedział w końcu. – Żadnych rozrywek na boku. Nikogo innego. Masz moją lojalność tak długo, jak długo ja mam twoją.
– Dobrze – szepnęłam, zadowolona. – W takim razie mamy umowę.
– Uważaj, o co prosisz, Venus – mruknął, świdrując mnie palącym wzrokiem. – Może się zdarzyć, że dostaniesz mnie całego.






