AARON
– Mówiłem, że się zgodzi – powiedział Connor z zadowolonym, cwaniackim uśmieszkiem.
Byliśmy w moim gabinecie, czekając na przybycie mojej asystentki, abyśmy mogli sfinalizować warunki naszej umowy. Connor był właścicielem jednej z najbardziej prestiżowych kancelarii prawnych w Nowym Jorku, a jego reputacja mówiła sama za siebie. Nie było nikogo lepszego do reprezentowania mojej firmy.
– Co sprawiło, że zmieniła zdanie? – zapytał, przeczesując włosy dłonią.
– Kogo to obchodzi? Ważne, że się zgodziła – odparłem, zerkając na zegarek. – Spóźnia się. Ona nigdy się nie spóźnia.
– Może znowu zmieniła zdanie – uśmiechnął się złośliwie Connor, opierając się głębiej w fotelu. – Przypomniała sobie, jakim skończonym dupkiem dla niej byłeś.
– Nie męczy cię to ciągłe słuchanie samego siebie? – jęknąłem, opierając się w fotelu.
– Nie – powiedział niezrażony. – Zwłaszcza gdy mam rację.
– Zamknij się – mruknąłem, ponownie sprawdzając godzinę.
– Wyluzuj. To pewnie korki. – Oparł się głębiej. – Albo może uświadomiła sobie, że nie jesteś wart tego całego stresu.
– Connor – ostrzegłem go, posyłając mu mordercze spojrzenie.
Uniósł ręce w udawanej kapitulacji.
– I czy mógłbyś, na litość boską, pozwolić mi mówić, zanim otworzysz usta i powiesz coś, co ją odstraszy?
– Dobra. Tylko dlatego, że chcę, żeby to wypaliło.
Właśnie wtedy drzwi się otworzyły i weszła Venus, ubrana w najbrzydszy sweter, jaki w życiu widziałem.
– Spóźniłaś się – powiedziałem.
Przełknęła ślinę. – Korki.
Connor uniósł brew. – A może stchórzyłaś?
– Ani jedno, ani drugie – odparła, starając się utrzymać pewny głos. – Powiedziałam, że to zrobię, i mówiłam poważnie.
Wstałem i powoli ruszyłem w jej stronę, zmniejszając dystans, aż dzieliły nas zaledwie centymetry. Odchyliła głowę, by na mnie spojrzeć.
Nie odezwałem się. Po prostu się na nią patrzyłem.
– Dziś sporządzimy projekt warunków – odezwałem się w końcu. – Wprowadzisz się do końca tygodnia. Pozory mają znaczenie – jeśli ktoś nabierze podejrzeń, że to fikcja, oboje przegramy.
Connor odchylił się do tyłu, rozbawiony. – Już robi się tak romantycznie.
Zignorowałem go.
– Ustalimy zasady. Będziesz uczestniczyć w kolacjach, wydarzeniach – we wszystkim, co będzie konieczne. Ja zajmę się mediami. Ty masz się tylko uśmiechać i wyglądać, jakbyś była we mnie beznadziejnie zakochana. Myślisz, że podołasz?
Uniosła podbródek. – Czy mam coś do powiedzenia w kwestii tych zasad?
Moje wargi delikatnie się wygięły. – Zobaczymy.
Connor wstał i klasnął w dłonie. – Cóż, zapowiada się świetna zabawa. Zaczynamy, gołąbeczki?
Zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
– Więc, wy dwoje ogłosicie zaręczyny w sobotę – powiedział Connor, porzucając żartobliwy ton. – Zanim to nastąpi, on kupi ci pierścionek, a za dwa tygodnie weźmiecie ślub. – Jego wzrok przeskakiwał między nami. – Pasuje?
Zawahawszy się, w końcu skinęła głową. Ja z kolei nie mogłem przestać patrzeć na ten potworny sweter, który miała na sobie. Spod makijażu wyzierał siniak, ale nie skomentowałem tego.
– W niedzielę się do niego wprowadzisz. Spakuj swoje rzeczy – dodał Connor.
Próbował ukryć zawahanie, kiedy wspomniał o jej rzeczach. Dobrze – przynajmniej nie byłem jedynym, który miał problem z tym swetrem.
– Czekajcie... co macie na myśli, mówiąc „wprowadzisz się”? – zapytała, wyraźnie zaskoczona.
Connor uniósł brew. – Cóż, każde małżeństwo mieszka razem, prawda?
Posłałem mu oschłe spojrzenie.
– Ja, yyy... nie pomyślałam o tym – mruknęła.
Connor zachichotał.
– Tak jak mówiłem, będziecie małżeństwem przez trzy lata. W czasie trwania małżeństwa nie wolno ci angażować się w relacje z nikim innym. – Przysunął do niej kontrakt. – Przeczytaj go dokładnie. Jest w nim wymienione wszystko, czego się od ciebie oczekuje. Jeśli masz jakieś warunki, daj mi znać.
Spojrzał na mnie – a ja przez cały ten czas milczałem – po czym znów na nią.
– Otrzymasz milion dolarów po podpisaniu umowy, a kolejny milion po upływie trzech lat.
Jej oczy się rozszerzyły.
– To... – zaczęła, szukając słów. Obaj czekaliśmy.
– Za mało? – zapytałem, przerywając w końcu milczenie.
Odwróciła się do mnie i wpatrywała się bez ruchu.
– Venus – głos Connora wyrwał ją z zamyślenia.
– Tak... miałam na myśli, że to wystarczy. Aż nadto.
Moje usta wykrzywiły się lekko.
– Dobrze. Masz czas do piątku, żeby to przejrzeć i podpisać. – Connor wręczył jej teczkę. Wzięła ją i wstała, by wyjść.
– I jeszcze jedno, Venus – dodał, opierając się w fotelu.
– Nie możesz pisnąć o tym nikomu ani słowa. Jeśli to zrobisz, umowa jest nieważna.
– Oczywiście – odparła.
I z tymi słowami opuściła gabinet.






