languageJęzyk

Rozdział 3

Autor: Aeliana Moreau 29 mar 2026

VENUS

Otarłam oczy przed wejściem na salę mamy. Musiały być opuchnięte. Nie przestałam płakać od świtu, a Dain? Wciąż nie odbierał telefonu.

– Cześć, mamo – powiedziałam, udając uśmiech tak kruchy, że mógłby pęknąć, gdyby tylko zamrugała zbyt mocno.

Jej wyraz twarzy natychmiast się zmienił. – Venus, co się stało? Płakałaś.

Oczywiście, że przejrzała mnie na wylot. Jak zawsze.

– Taa... mój szef znów zachowuje się jak dupek – skłamałam. Prawda by ją złamała. A ja nie mogłam dodać kolejnej rysy do jej i tak już pękniętego świata.

– Venus... – zaczęła łagodnie.

– To była moja wina. Nie chcę o tym rozmawiać – mruknęłam, zbywając to tak, jakby ten temat nie ważył tony.

Nie naciskała. Po prostu sięgnęła po moją dłoń. – Dobrze, kochanie. Nie musisz.

Skinęłam głową, przełykając gulę w gardle. – Czy Dain tu zaglądał?

– Nie... czy wrócił do domu? – Jej głos zabrzmiał nieco wyżej, rozkwitając nadzieją, od której zbierało mi się na wymioty.

Ten człowiek nie zasługiwał na jej nadzieję.

– Nie. Nie wrócił. – Mój głos stał się zimny, ostry i gorzki. Zauważyła to.

– Venus...

– Powinnam już iść. Musisz odpocząć. W przyszłym tygodniu zaczynamy chemię.

Kolejne kłamstwo. Paliło mnie w gardło. Boże, musiałam sprawić, by stało się prawdą, zanim to ją zabije.

Przytuliłyśmy się. Pachniała środkiem odkażającym i lawendą. Trzymałam ją w ramionach o sekundę za długo. A potem wyszłam.

Szpital był blisko, ale z każdym krokiem czułam się tak, jakbym wlokła za sobą martwe ciało – własne. Ciężar beznadziei naciskał na moje ramiona, potężny i nieustępliwy. Wciąż to słyszałam – jego głos.

Wyjdź za mnie.

Czy mówił poważnie? Czy to była gra? Pułapka, w której z przyjemnością patrzyłby, jak się wiję?

Ta myśl budziła we mnie wstręt. Ale to, że ją rozważałam? Było jeszcze gorsze.

Gdy dotarłam do domu, drzwi wejściowe były uchylone.

Nie.

Byłam pewna, że je zamknęłam.

Weszłam do środka i oto był. Dain. Rozwalony na kanapie, śmierdzący potem i wczorajszym alkoholem. Nieprzytomny, bezużyteczny.

Obrzydzenie zapiekło mnie w gardle.

Chwyciłam kubek, nalałam do niego wody i chlusnęłam mu prosto w twarz.

– Wstawaj, ty gnoju.

Poderwał się, prychając. – Co jest, kurwa?! Ty mała...

– Ukradłeś moje pieniądze, Dain! Gdzie one są?!

Jego przekrwione oczy zapłonęły samozadowoleniem. – Miałaś tyle zakitrane i pozwoliłaś, żeby Billy sprał mnie za grosze? Samolubna mała suka.

– Nigdy nie powinieneś był ich tknąć. Były na chemię dla mamy.

Prychnął. – Po co się w ogóle wysilać? I tak umiera.

Miarka się przebrała.

– Zamknij się – warknęłam. – Zamknij ten swój pieprzony pysk!

A wtedy on wymierzył mi policzek.

Mocno.

– Nie tak powinno się odzywać do własnego ojca – wybełkotał. – Matka cię nie nauczyła...

Coś we mnie pękło.

Mój wzrok padł na rozbity odłamek szkła leżący blisko stołu. Chwyciłam go, dłonią drżącą, lecz pewną.

– Wynoś się. Natychmiast. Bo przysięgam na Boga, że wypruję z ciebie flaki.

Zamarł. Zamrugał.

Groźba trafiła do celu.

Uniósł ręce, wycofując się. – Bez gwałtownych ruchów...

– Powiedziałam: wynoś się! – wrzasnęłam, robiąc krok w jego stronę.

Potknął się. A potem rzucił się do ucieczki.

Kiedy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, opadłam z sił. Osunęłam się na kolana; moje dłonie się trzęsły, a klatka piersiowa gwałtownie unosiła się i opadała. Potem przyszły łzy – gwałtowne, niekontrolowane. To nie były ciche szlochy. To był żal, wściekłość i bezradność, wszystko splecione w jedno.

Siedziałam w tym sztormie bardzo długo.

Kiedy drgawki ustały, posprzątałam dom, jakby to mogło zmyć ze mnie cały wstyd. Ale nie mogłam uciec przed jedną myślą:

Pan Sinclair.

Może powinnam była go wysłuchać. Może powinnam zadać więcej pytań. Może – tylko może – on mówił poważnie.

Nienawidziłam go. Nienawidziłam tego, jak bardzo był zimny. Jak potężny. Jak zawsze wydawał się być dziesięć kroków przede mną. Ale nie miałam już nic.

Zdesperowani ludzie podejmują głupie decyzje.

Wzięłam do ręki telefon.

Odebrał po czwartym sygnale.

– Odnośnie twojej propozycji... – Mój głos brzmiał głucho. – Mówiłeś poważnie?

– Tak. – Żadnego wahania. Żadnych emocji. Tylko zimna pewność.

– Więc się zgadzam – szepnęłam. Moja duma roztrzaskała się niczym szkło o kafelki.

– Dobrze – powiedział. Jakby wiedział, że się złamię. – Jutro omówimy warunki. W biurze.

Kliknięcie.

I tak po prostu wymieniłam swoją wolność na nadzieję.

Jeśli to ją ocali... może warto.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 3: Rozdział 3 - Zrujnuj Mnie: Kontraktowa Żona Bliardera | StoriesNook