languageJęzyk

1

Autor: Soren Vane29 cze 2026

♡ Perspektywa Elary ♡

„Więc to jest twój pokój. Niewiele tego, ale myślę, że jak na twój wzrost będzie w sam raz. Gdybyś czegoś potrzebowała, będę na dole” – wymamrotał mój ojciec, drapiąc się niezręcznie po karku.

Ojciec, o którego istnieniu dowiedziałam się zaledwie kilka godzin temu.

Skinęłam głową, ledwo zauważalnie. Wciąż byłam zupełnie odrętwiała po tym, co wydarzyło się dwa dni temu. Nadal nie potrafiłam pojąć, jak do tego doszło.

Nigdy nie dostrzegłam żadnych znaków...

Moja mama zawsze była taka szczęśliwa. Taka beztroska. Nigdy bym nie pomyślała, że zostawi mnie w ten sposób.

„Dziękuję” – mruknęłam cicho, zakłopotana. Nie wiedziałam, jak zwracać się do mojego „ojca”. Powinnam mówić do niego „tato”, „ojcze”, czy może po imieniu, Dominic?

Ojciec skinął głową, rozglądając się po urządzonym bez gustu pokoju. Miałam nieodparte wrażenie, że wcześniej była to graciarnia. I czułam, że dopiero kilka godzin temu naprędce zmieniono ją w sypialnię. Pokoik był malutki – może nie klaustrofobiczny, ale mimo wszystko maleńki.

Ale ja też byłam drobna – mierząc zaledwie metr pięćdziesiąt, byłam szczupłej budowy ciała, miałam dość szerokie biodra i wąską talię. Mój biust ledwo zapełniał miseczkę, za to miałam całkiem krągłą pupę. Mama nazywała mnie wróbelkiem ze względu na mój niski wzrost. Powstrzymałam napływające do oczu łzy. Już nigdy więcej nie usłyszę tego przezwiska.

„Mogę podjechać do Burta i kupić puszkę farby albo te samoprzylepne tapety, jeśli chcesz?” – zaproponował mój tata, krzywiąc się na widok starej, łuszczącej się farby na ścianach.

Zmusiłam się do uśmiechu. Prawie się wzdrygnęłam na myśl o tym, jak sztucznie musiała wyglądać moja twarz. „Nie. W porządku. Na razie się rozpakuję, a o dekorowaniu pomyślę później”.

Boże, to było naprawdę niezręczne. Jak miałam rozmawiać z mężczyzną, o którego istnieniu dowiedziałam się zaledwie parę godzin temu? Nawet długa droga tutaj minęła w milczeniu, więc nie wiedziałam o nim zupełnie nic poza tym, że dzielimy to samo DNA.

Mój ojciec uśmiechnął się – a raczej skrzywił – po czym skinął głową i wyszedł z pokoju. Gdy drzwi się za nim zamknęły, w końcu mogłam odetchnąć. Wypuściłam gwałtownie powietrze i podeszłam głębiej do ciasnego pokoiku. Łóżko wyglądało na nowe i była to chyba jedyna nowa rzecz w tym miejscu.

Położyłam torbę podróżną na jasnoróżowej narzucie i jęknęłam. Odliczałam minuty do momentu, w którym będę mogła zrzucić ten ciężar. Odsunęłam się od łóżka i podeszłam do jedynego okna w pokoju. Wpuszczało mnóstwo światła i ukazywało piękno nieskończonej, zielonej gęstwiny.

Nawet pomimo tej wspaniałej, bujnej zieleni, która roztaczała się przed moimi oczami, nie potrafiłam się uśmiechnąć tak, jak zrobiłabym to w innych okolicznościach. Jak mogłabym jeszcze kiedykolwiek się uśmiechnąć, skoro nie ma przy mnie mamy, by uśmiechać się razem ze mną?

Poczułam, jak moje serce rozpada się na kawałki, gdy otworzyłam okno i pozwoliłam, by chłodne powietrze smagało moje policzki i rozwiewało mi włosy. Mamie bardzo spodobałoby się to miejsce. Zawsze fascynowało ją wszystko, co związane z lasem. Życie tutaj byłoby dla niej spełnieniem marzeń. Gdyby tylko...

Wzięłam kolejny głęboki wdech, tym razem zatrzymując powietrze w płucach dłużej, aż poczułam pieczenie. Kiedy je wypuściłam, oddech natychmiast uwiązł mi w gardle, bo zauważyłam poruszenie w zaroślach poniżej. Moje palce zacisnęły się na krawędzi parapetu, gdy obserwowałam wielki cień przemykający wśród krzaków.

Brązowe futro...

Czy to był niedźwiedź?

Moje serce zrobiło fikołka. Z gardła stworzenia wydobył się warkot, a ja nie pragnęłam niczego bardziej niż wejść pod to małe łóżko i się schować, bo mogłabym przysiąc, że właśnie zobaczyłam wilka. Zwierzę wbiegło z powrotem w najgłębszą gęstwinę, znikając mi z oczu i pozwalając mojemu kołaczącemu sercu nieco uspokoić bieg.

Dom był otoczony drzewami, właściwie całe miasteczko otaczały bujne lasy, więc powinnam była się spodziewać, że mogą tu żyć wilki. Kręcąc głową, odsunęłam się od okna i podeszłam do łóżka. Usiadłam powoli na materacu i omiotłam wzrokiem ciasny pokoik.

To miał być teraz mój dom. Opadłam na plecy na łóżko, a moje włosy rozsypały się wokół mnie, gdy wpatrywałam się w biały sufit. Pojedyncza łza wymknęła się z mojego oka i spłynęła powoli, by w końcu zniknąć w moich brązowych pasmach. „Tęsknię za tobą, mamo”.

Nie minęły jeszcze nawet cztery dni od śmierci mojej matki, a ból wciąż był świeży i rozdzierający. Nie sądziłam, by miał szybko minąć. Nagle drzwi znów się otworzyły. Do pokoju wszedł mój ojciec, tym razem niosąc w dłoni talerz. Aromat potrawy dotarł do moich nozdrzy. W brzuchu lekko mi burknęło.

Nawet nie wiedziałam, że jestem głodna.

„Zrobiłem ci tost z serem. Trochę się przypalił...” – zaczął mój tata, przeczesując speszony palcami włosy, po czym zamarł, gdy jego wzrok spoczął na mnie. A dokładniej na moich łzach.

„Płaczesz”. W jego głosie dało się wyczuć nutę paniki.

Byłam pewna, że nie miał zielonego pojęcia, jak pocieszyć nastolatkę. Nie miałam mu tego za złe. Usiadłam i uśmiechnęłam się do niego blado. „Wszystko w porządku. Po prostu wspominałam mamę”.

His face twisted with sorrow and he looked away from me and set his gaze on the floor. „Och”.

No właśnie, kompletnie nie wiedział, jak pocieszyć pogrążoną w żałobie nastolatkę.

Biedak, musiał się jeszcze wiele nauczyć.

„Chętnie zjem ten tost” – powiedziałam, chcąc oszczędzić ojcu niezręcznego wpatrywania się w podłogę. Podał mi talerz ze smutnym błyskiem w oku. „Wszystko będzie dobrze”.

Oklepane słowa.

Skinęłam głową.

Nie mogąc dłużej znieść tej krępującej ciszy, ojciec zaczął szukać pretekstu do wyjścia.

„Cuz, mam trochę pracy...” – wskazał na drzwi, wycofując się powoli. Powstrzymałam się przed przewróceniem oczami i po prostu skinęłam głową. Zanim jednak wyszedł, zatrzymałam go.

„Dominic?” Mój ojciec zamarł w pół kroku. Jego plecy napięły się, ale nie odwrócił się w moją stronę. Czy nie spodobało mu się, że nazwałam go po imieniu? Nie potrafiłam jeszcze zmusić się do mówienia na niego „tato”. Nie byliśmy jeszcze na tym etapie.

„Tak, Laro?” – spojrzał na mnie przez ramię.

„Czy tutaj są wilki? Mogłabym przysiąc, że przed chwilą jednego widziałam”. Zmarszczyłam brwi, próbując przywołać w pamięci obraz ogromnego brązowego wilka. Jeśli to w ogóle było możliwe, mój ojciec spiął się jeszcze bardziej. Sekundy mijały, otulała nas cisza, aż w końcu odpowiedział:

„Nie ma tu żadnych wilków”.

Choć oficjalnie poznaliśmy się zaledwie kilka godzin temu, po lekkiej zmianie tonu jego głosu potrafiłam poznać, że kłamie.

* Następnego ranka *

To brzęczenie nie chciało przestać.

Wyciągnęłam rękę, szukając po omacku budzika, żeby wcisnąć przycisk drzemki.

Skończyło się na tym, że po prostu cisnęłam budzikiem o ścianę, jęknęłam i wtuliłam się głębiej w pościel.

Sekundę później moje drzwi otworzyły się z trzaskiem.

„Coś się stało? Usłyszałem huk”.

Rozkleiłam zaspane oczy i zobaczyłam mojego ojca stojącego w piżamie. Trzymał w uniesionej dłoni patelnię, rozglądając się gorączkowo wokół.

Nie takiego widoku spodziewałam się z samego rana. Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy niepokoić tym, że jako broni postanowił użyć patelni.

„Budzik. Rzut. Ściana. Huk” – wymamrotałam, wciąż na wpół śpiąc.

Napięcie malujące się na jego czole natychmiast zniknęło, a na jego twarzy pojawił się zmieszany, zawstydzony uśmiech.

„Och” – zaśmiał się speszony.

Wsunął dłoń we włosy. „Myślałem, że to coś innego. Tak czy inaczej, powinnaś już chyba wstać. Dzisiaj twój pierwszy dzień, nie chciałabyś się spóźnić”.

Skinęłam głową, niechętnie zrzucając z siebie kołdrę. Gdybym miała wybór, spałabym dalej.

Byłam tu dopiero od pięciu dni. Pięć dni wydawało się długim czasem, ale minęło bardzo szybko. Jedyne, co robiłam, to urządzanie pokoju, jedzenie, załatwianie potrzeb i robienie tego wszystkiego, co zwykli ludzie robią na co dzień.

Dominic próbował wyciągnąć mnie z domu, pokazać mi Vance Falls. Aber za każdym razem odmawiałam. Nie byłam jeszcze gotowa, by zobaczyć miasteczko, w którym miałam spędzić najbliższy czas.

Wszystko było zbyt nowe, zbyt świeże.

Chciałam, żeby poczekał też z posyłaniem mnie do szkoły, ale uznał, że lepiej nie zaniedbywać dłużej mojej edukacji.

„Fajna patelnia” – powiedziałam, gdy tylko moje bose stopy dotknęły zimnej podłogi z desek. Skrzypnęły pod moim ciężarem.

Przeciągnęłam się, unosząc ręce nad głowę.

Dominic zaczerwienił się i zaczął niezręcznie kręcić patelnią na palcu. „Och, to...”

Brzdęk.

Skrzywił się, gdy krawędź patelni uderzyła go w czoło.

Zasłoniłam usta dłonią. „Ałć” – zachichotałam.

Przymrużył oczy. „Haha, bardzo śmieszne. Schodź na dół na śniadanie, młoda damo. Zapakuję ci drugie śniadanie do szkoły”.

Uśmiechnęłam się ciepło do jego oddalających się pleców. Przynajmniej się starał.

-

W jajecznicy było sporo skorupek i starałam się nie krzywić za każdym razem, gdy coś chrupało mi w zębach, ale stawało się to coraz trudniejsze.

„Jak jajka?” – zapytał Dominic, unosząc głowę, by na mnie spojrzeć.

Był zajęty nakładaniem sporej ilości masła orzechowego na kromkę chleba. Robił przy tym niezły bałagan. Podejrzewałam, że to moje „drugie śniadanie”.

„Świetne. Dobre” – skinęłam głową, modląc się w duchu, by te skorupki nie zmasakrowały mojego układu pokarmowego. Oby tylko nie skończyło się to wydalaniem ostrych kawałków skorupek.

Szeroki uśmiech Dominica sprawił, że ucieszyłam się, iż go okłamałam.

Gdybym powiedziała mu, że przesadził z solą i zasugerowała, żeby następnym razem uważał na skorupki, pewnie poczułby się przybity.

Ten człowiek zaledwie parę dni temu dowiedział się, że ma córkę.

„Myślę, że skończyłem. Chcesz jeszcze jedną kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, czy jedna wystarczy?”

Spojrzałam na kanapkę i wzdrygnęłam się w duchu. Po powrocie będę musiała pokazać mu jakieś filmiki kulinarne na YouTubie.

„Myślę, że jedna w zupełności wystarczy. Nie jem zbyt dużo”.

Uśmiechnął się. „Jutro ugotuję dla ciebie coś lepszego”.

Skrzywiłam się.

O nie, na pewno nie, dopóki nie obejrzysz tamtych filmików.

„A mianowicie, czy mogłabym zjeść coś w szkolnej stołówce? Chyba jakąś mają?” – zasugerowałam.

„Jedzenie ze stołówki jest okropne. Nie wolałabyś świeżego, domowego posiłku?”

„Chyba tak” – bąknęłam.

Porozmawialiśmy chwilę, po czym powiedział, że mnie podrzuci.

„Odbiorę cię o trzeciej” – powiedział, zanim odjechał.

Patrzyłam, jak jego czerwona ciężarówka pędzi ulicą, i westchnęłam. Wolałabym spędzić dzień z nim w gabinecie weterynaryjnym niż być teraz w szkole.

Odwróciłam się powoli i spojrzałam na ogromny budynek. Wyglądał lepiej niż moja stara szkoła.

Jak na tak małe miasteczko, wszystko wydawało się... luksusowe.

Padała lekka, mżąca mżawka.

Powinnam wejść do środka, zanim się przeziębię.

Z westchnieniem zrobiłam krok naprzód.

*głośny pisk opon*

Odwróciłam się gwałtownie, z szeroko otwartymi oczami i sercem w gardle.

Czarny sportowy samochód zatrzymał się zaledwie centymetry od moich kolan. Instynktownie uderzyłam dłonią w maskę, piorunując wzrokiem siedzących w środku ludzi przez przednią szybę.

Szyba była nieco przyciemniana, ale zdołałam dostrzec dwóch chłopaków z przodu. Nie widziałam ich zbyt dobrze i nie potrafiłam rozróżnić rysów ich twarzy.

Jednak po kształcie szerokich ramion poznałam, że to faceci.

„Uważaj!” – wrzasnął jeden z nich.

Pokręciłam głową i rzucając im ostatnie wściekłe spojrzenie, pospieszyłam w stronę szkoły.

Świetnie. Mój pierwszy dzień tutaj, a prawie wylądowałam w powietrzu.

___

Perspektywa Kaelena

„Ominęły cię wczoraj niezłe laski” – zaśmiał się Gideon, wjeżdżając na teren szkoły.

„Ojciec każe mi towarzyszyć mu w obowiązkach alfy. Nie mam teraz czasu na imprezy” – burknąłem.

„Mój stary od przyszłego tygodnia wysyła mnie na trening gammy. Mam więc tylko kilka dni na nacieszenie się towarzystwem panienek, zanim będę miał pełne ręce roboty” – prychnął Gideon i żartobliwie uderzył mnie w ramię.

„Przerąbane masz, stary”.

Przewróciłem oczami.

„A propos lasek, jak tam między tobą a Sashą?”

„Zerwaliśmy” – odpowiedziałem nonszalancko.

Gideon rzucił mi spojrzenie. „Zrywaliście już ze pięć razy. Po prostu się sparujcie i miejcie to z głowy”.

Zmarszczyłem nos. „Sasha i ja partnerami?”

Gideon wybuchnął śmiechem. „Czyli dobra, żeby w nią zamoczyć, ale nie żeby spędzić razem życie?”

Posłałem mu irytujące spojrzenie, nie trudząc się poprawianiem go, że mimo pozorów, Sasha i ja nigdy ze sobą nie spaliśmy. „Stary, zamknij się wreszcie”.

Zaśmiał się i z powrotem skupił na drodze. Nagle jednak jego oczy rozszerzyły się, a on gwałtownie wcisnął hamulec.

„Cholera!” – wrzasnął.

Drobna blondynka w uroczej czerwonej sukience i dżinsowej kurtce przechodziła przed maską. Zatrzymała się gwałtownie na dźwięk pisków opon.

Kurwa.

Odwróciła się gwałtownie, a jej włosy zawirowały wokół niej. Gideon oddychał ciężko i westchnął z ulgą, gdy samochód zatrzymał się zaledwie centymetry przed potrąceniem jej.

Oddech uwiązł mi w gardle.

Bladoniebieskie oczy. Były wielkie i kojarzyły mi się z oczami łani na łące. Okrągła twarz, pełne usta, które wyglądały na tak czerwone i soczyste...

Uderzyła dłońmi w maskę, wyrywając mnie z transu, w który nieświadomie zapadłem.

„Uważaj, jak leziesz!” – wrzasnął Gideon.

Pokręciła głową, nic nie mówiąc, i pospieszyła w stronę budynku. Lekki podmuch wiatru musnął jej sylwetkę, a ja wciągnąłem powietrze. Słaba woń lasek wanilii. Ślina napłynęła mi do ust, a mój wilk się poruszył.

„Wierzysz w tę lachonę?” – zrzędził Gideon, ruszając z miejsca. Nie byłem w stanie mu odpowiedzieć, zbyt zajęty odprowadzaniem jej wzrokiem, dopóki nie zniknęła wewnątrz budynku.

Kim była ta dziewczyna? I dlaczego sprawiła, że mój wilk poruszył się tak niespokojnie?

Najnowszy rozdział

Łączna liczba rozdziałów: 100

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki