Perspektywa Reida
"Powiesz mi, o co w tym chodziło?" – zapytał Damien.
"Nie rozumiem, jak Bogini Księżyca mogła mi to zrobić?" – powiedziałem, wpatrując się prosto w szybę przede mną.
"Co? O czym ty mówisz?" – dopytywał Damien.
"Nienawidzę hybryd! Ona wie, że nienawidzę hybryd!... Dlaczego mi to zrobiła?" – wyrzuciłem z siebie, przeczesując dłońmi włosy, a potem przecierając nimi twarz.
"Kto? O czym ty opowiadasz? To nie ma sensu" – stwierdził Damien, a na jego twarzy malowało się zdezorientowanie, gdy na mnie zerknął.
"Czy to chodzi o tego z ostatniej celi?"
"Tak" – odparłem cicho, gdy mój żołądek znów ścisnął się ze zdenerwowania.
"Stary, musisz mi powiedzieć... co się dzieje? Zaczynam się denerwować."
"To był mój przeznaczony."
Cisnęło mnie do przodu, opony zapiszczały, a samochód gwałtownie zjechał na pobocze. Złapałem za deskę rozdzielczą i swoje drzwi, gdy auto wreszcie się zatrzymało.
"Chyba sobie, kurwa, żartujesz!? To był twój przeznaczony, a ty go tam po prostu zostawiłeś? Co jest z tobą, kurwa, nie tak?"
Spojrzałem na Damiena, kiedy moje wnętrzności wreszcie wróciły na swoje miejsce po tym jego małym popisie.
"Możesz być moim kuzynem i Betą, ale uważaj, jak się, kurwa, do mnie odzywasz! Jestem teraz twoim Alfą!" – rzuciłem ze złością. Nie miałem nastroju na jego pieprzenie.
"Sorki za to stary, ale jak mogłeś to zrobić? Jak mogłeś zostawić swojego własnego przeznaczonego w tamtym miejscu?"
"Nie wiem" – to było wszystko, co zdołałem z siebie wykrztusić.
"Po prostu jedź" – powiedziałem, patrząc z powrotem przed siebie.
"Dokąd? Z powrotem do tamtego miejsca, żeby zabrać twojego przeznaczonego? Czy do domu, bez naszej Luny?"
Moja głowa gwałtownie odwróciła się w jego stronę.
"Ten mieszaniec nie jest twoją Luną!" – wycedziłem przez zaciśnięte zęby.
"Wow, stary!" – rzucił Damien, wrzucając bieg i odjeżdżając w stronę domu.
"Wow!" – powtórzył.
Żaden z nas nie odezwał się ani słowem przez resztę drogi do domu. Gdy tylko dotarliśmy na miejsce, samochód zatrzymał się z szarpnięciem. Damien pchnął gwałtownie drzwi, po czym wysiadł i trzasnął nimi z hukiem. Przez dłuższą chwilę siedziałem tam, patrząc na oddalające się plecy mojego najlepszego przyjaciela, maszerującego wściekle w kierunku domu.
Zostałem sam ze swoimi myślami, starając się wszystko ułożyć sobie w głowie. Powolnym krokiem wysiadam z auta i idę do domu watahy.
"Hej kochanie, jak tam dzisiejsza wizyta u Ace'a?" – usłyszałem pytanie mojego taty wychodzącego z kuchni.
Zatrzymałem się i przez moment patrzyłem na niego, nie będąc w stanie złożyć żadnego zdania. Powoli skręciłem w stronę schodów i ruszyłem na piętro, do swojego pokoju.
"Kochanie?... Reid! Wszystko w porządku?" – dopytywał tata, gdy zacząłem wspinać się po schodach.
Nie odpowiadam, tylko nadal wchodzę na górę. Chcę znaleźć się tak daleko od wszystkich, jak to tylko możliwe.
Czułem się zdrętwiały, zdejmując z siebie ubrania i wchodząc pod prysznic. Mam wrażenie, jakby odór z lochów wsiąknął w moje pory. Nadal czuję go na skórze i ubraniach.
Wchodzę pod strumień, odkręcając wodę na tak gorącą, jak to tylko możliwe. Czuję, jak skóra mnie piecze, gdy gorąca woda opada na nią kaskadami, i zaczyna nabierać czerwonego odcienia. Chwytam za gąbkę, namaczając ją w mydle, po czym szoruję ciało ze wszystkich sił.
Nadal go czuję. Niemalże czuję smród spowijający moje ciało. Szoruję mocniej, mając wrażenie, jakbym zdzierał sobie skórę.
Czuję, jak trzęsą mi się ramiona, i zdaję sobie sprawę, że płaczę. Osunąłem się na posadzkę, czując wodę oblewającą mi głowę.
Podciągam kolana, obejmuję je ramionami i chowam w nich głowę, zanosząc się spazmatycznym szlochem.
Po prostu go tam zostawiłem...
Czuję ból w klatce piersiowej na myśl o tym, że tak po prostu go tam zostawiłem. Przypominam sobie jego biedne, złamane ciało zwinięte w kłębek na podłodze we własnych odchodach. Przypominam sobie, jak chudy był – każdą kość, którą widziałem, każde rozcięcie i otwartą ranę, które pokrywały jego ciało.
Był taki malutki...
Jak mogłem to zrobić? Jak mogłem tak po prostu zostawić go tam w tym stanie?
Zaciskam mocno oczy, zbijając dłonie w pięści. Odrzucam głowę do tyłu, otwieram usta i krzyczę najgłośniej, jak potrafię.
Opadłem na posadzkę, leżąc i płacząc.
Słyszę walenie do drzwi i głos ojca z drugiej strony.
Nic nie mówię, leżę i płaczę... Nie potrafię na nich spojrzeć, nie mogę nic zrobić, nie mogę się ruszyć. Jedynym, czego pragnę, to wrócić tam i go stamtąd zabrać.
Słyszę dźwięk wyłamywanych drzwi, gdy do środka wpada mój ojciec. Otwiera drzwi kabiny i podnosi mnie z podłogi.
Bierze mnie na kolana, a ja rzucam mu się na szyję, wtulam twarz w jej załamanie, płacząc i zaciskając pięści na jego koszuli.
"Synu, hej, już w porządku... Już jest dobrze." – mówi, pocierając moje plecy i przytulając mnie mocniej.
"Co się stało, co jest nie tak?" – zapytał łagodnie głos mojego ojca.
"Zostawiłem go tam, Ojcze, zostawiłem go tam!" – wydusiłem z siebie. Bolało mnie w piersi, czułem się tak, jakby ktoś wyrwał mi serce.
"Kogo? Kogo i gdzie zostawiłeś?" – dopytywał ojciec.
"Mojego przeznaczonego!... Ja po prostu zostawiłem go tam!"
"Twojego przeznaczonego?" – zapytał mój ojciec z głosem pełnym szoku, chwytając moją twarz i odciągając do tyłu, by na mnie spojrzeć.
Ale ja nie mogę na niego patrzeć, nie mam odwagi, by spojrzeć w oczy mojego ojca, więc patrzę w dół. Nie chcę, by widział osobę, która to zrobiła, która zostawiła swojego własnego przeznaczonego tam w tym piekle.
"O czym ty gadasz, synu? Gdzie go zostawiłeś?" – zapytał z troską.
"W lochach... U Ace'a. Zostawiłem go, kurwa, właśnie tam." Płakałem jeszcze mocniej, ponownie opierając czoło na ojcu.
Mój ojciec odrywa mnie od siebie z siłą. Trzyma mnie na odległość wyciągniętych ramion, szorstko wbijając we mnie dłonie.
Czułem, jak jego palce wbijają się w moją skórę.
"O czym ty, kurwa, mówisz!?" – krzyknął ze złością.
****
Gdy siedzimy w biurze mojego ojca, staram się na niego nie patrzeć, wciąż odczuwając zbyt wielki wstyd... Cóż, technicznie rzecz biorąc, to teraz moje biuro, ale w tej chwili to on siedzi na miejscu Alfy.
Był tak wściekły, że przez moment myślałem, iż znów zażąda tytułu i mi go odbierze... I szczerze mówiąc, nawet bym go nie winił, ani nawet nie protestował.
Siedzę naprzeciwko ojca, a po mojej prawej stronie, o jedno puste miejsce dalej, znajduje się Damien. Myślę, że Damien jest na mnie tak wściekły, że nie może nawet znieść siedzenia obok mnie.
Mój ojciec zmusił mnie, abym opowiedział mu wszystko, co się wydarzyło. Przypomniałem mu o mojej nienawiści do hybryd i o tym, że nadal próbuję odnaleźć zabójcę Anthony'ego. Opowiedziałem mu o mojej rozmowie z Alfą Ace'em i o powodzie, dla którego tam dzisiaj pojechaliśmy.
Powiedziałem mu, że założyłem, iż to mieszańce – Samotnicy, których wtrącono do cel za pojawienie się na ich terytorium i wszczęcie ataków, jak mają to w zwyczaju tacy, jak oni.
Ale ani Damien, ani ja nie byliśmy gotowi na to, co zobaczyliśmy tam na dole. Opowiedziałem mu o wszystkim. O tym, jak traktowano te hybrydy, że wyglądali, jakby ledwo uchodzili z życiem, i o tym, jak ich gwałcono, przykutych do ścian.
Obserwowałem wyraz twarzy ojca w trakcie mojej opowieści. Zacisnął mocno szczękę i kurczowo chwycił oparcie krzesła, a jego pazury wbijały się w drewno z głośnym trzeszczeniem. Oparł się o przeciwne podłokietnik na łokciu. Jego broda spoczywała na pięści, a w oczach wirował gniew.
"Nie mogę uwierzyć, że poszedłeś tam w takim zamiarze!... Wychowałem cię lepiej! Wiem, że jesteś wściekły na hybrydy za to, co zrobiła jedna z nich, ale nie możesz obwiniać całej rasy hybryd za czyn tylko jednej!
Cieszę się, że oprzytomniałeś po zejściu na dół i zrozumiałeś, jakie to było chore. Przynajmniej pojąłeś, czym jest prawdziwe zepsucie, i nie wszedłeś na ścieżkę, z której nie mógłbym cię zawrócić!"
Zrobił przerwę.
"Co do twojego przeznaczonego, z bólem to przyznaję, ale dobrze postąpiłeś, zostawiając go tam-"
"Co!?" – krzyknął ze złością Damien, przerywając mojemu ojcu i podrywając się z miejsca. Patrzył na niego, jakby ten nagle zyskał drugą głowę.
Mój ojciec zawarczał na Damiena, przeszywając go lodowatym wzrokiem. Damien momentalnie opadł z powrotem na fotel i odsłonił szyję przed ojcem.
"Przepraszam, panie!" – powiedział Damien.
Mój ojciec wzdycha, po czym ponownie przenosi wzrok na mnie.
"Jak już mówiłem, to była właściwa decyzja, by zostawić go tam. Ale nie z powodów, o których teraz myślisz, Damien!" – powiedział, posyłając mu twarde spojrzenie.
"Nie wydaje mi się, by Ace tak po prostu pozwolił ci go stamtąd zabrać. A na pewno nie samemu. Myślę, że rozpętałoby się tam piekło, gdybyś powiedział Ace'owi, że to twój przeznaczony, i spróbował wziąć go ze sobą.
A fakt, że byłeś tam tylko z Damienem, sprawiał, że próba sprowadzenia go do domu po prostu nie byłaby dla ciebie bezpieczna."
Poczułem ulgę, słysząc te słowa. Szczerze mówiąc, byłem zszokowany, gdy na początku zaczął mówić. Przez chwilę naprawdę myślałem, że przyznał mi rację w kwestii tego, że go tam zostawiłem.
"Chcę, żebyś poinformował Ace'a, że zamierzasz go dzisiaj znowu odwiedzić. Tylko tym razem idziemy z tobą wszyscy. Chcę też, abyś zachował ten drobny szczegół dla siebie podczas waszej rozmowy."
"Kto wszystko z nami idzie?" – zapytałem.
"Na początek twój tata i ciocia, ponieważ bliźnięta są praktycznie nie do powstrzymania. A dla dodatkowych mięśni zabierzemy ze sobą Xandera i Marcusa." – odpowiedział mój ojciec.
"Damien, ty zostajesz tutaj. Jesteś teraz Betą, więc będziesz trzymał tu rękę na pulsie pod naszą nieobecność."
"Tak jest!" – powiedział Damien, skinąwszy głową.
"Ja idę po to, żeby mieć pewność, że wszystko przebiegnie gładko, i by dopilnować, że utrzymasz nerwy na wodzy. Wiem, że potrafisz być w gorącej wodzie kąpany, a my musimy załatwić to we właściwy sposób. Nie chcemy rozpętać wojny... Przynajmniej jeszcze nie w tej chwili."
Oczy mojego ojca na moment zaszły mgłą, po czym wróciły do normy.
"Dobrze, właśnie nawiązałem więź ze wszystkimi, którzy z nami idą. Wtajemniczymy ich w szczegóły, kiedy będziemy w drodze. Spotkajcie się ze mną na zewnątrz za 15 minut... Reid, chodźmy po twojego przeznaczonego!"






