languageJęzyk

2. WEJŚCIE DO WILCZEJ JAMY

Autor: POOJA4 kwi 2026

SERAPHINA

Akademia Lupine była najbardziej elitarnym ośrodkiem szkoleniowym dla dziedziców Alfa. Brutalnym, zdominowanym przez mężczyzn poligonem, na którym wykuwało się kolejne pokolenie przywódców. Najlepszy student nie tylko kończył szkołę z wyróżnieniem, ale budował imperium i rządził każdą watahą wilkołaków w królestwie.

Marzyłam o tym od wczesnego dzieciństwa: o testach, strategii, czystej rywalizacji. Oczywiście był tylko jeden problem.

Przyjmowano tam wyłącznie mężczyzn.

Wcześniej nie miało to znaczenia. Miałam zostać z moją watahą, jako jej przyszłość. Jako jej Alfa.

Ale teraz? Zaaranżowane małżeństwo.

Mój umysł pracował na najwyższych obrotach, odtwarzając każdy szczegół, jaki wiedziałam o Akademii. Nowi rekruci dołączali każdego roku o tej porze. Mój ojciec zabronił mi nawet oglądania eliminacji, ale gdybym wyruszyła teraz pod osłoną nocy, wciąż mogłabym zdążyć na czas.

Nie potrzebowałam pozwolenia. Potrzebowałam tylko przebrania i już nad tym pracowałam.

Stanęłam przed lustrem, z walącym sercem naciągając materiał mocniej na klatkę piersiową, by spłaszczyć każdy ślad mojej kobiecości. Mój oddech stał się płytki, ograniczony – dokładnie taki, jaki musiał być.

To było jedyne wejście. Akademia Lupine nie przyjmowała kobiet. Ale przecież wcale żadnej nie zobaczą.

Zobaczą Setha. Setha Darvena. Syna ciotki Marrisy, który miał uczęszczać do Akademii, ale odmówił, więc teraz ja zajmowałam jego miejsce.

Wsunęłam na siebie jego stare ubrania – luźne, znoszone, ale idealne. Moje palce zadrżały nieznacznie tylko raz, gdy podniosłam perfumy, które przyniosła Lily, moja najlepsza przyjaciółka, a zarazem czarownica. Jedno pryśnięcie i zapach mojego rodowodu, mojego ciała, zniknął. Nikt nie mógł wyczuć mojego kobiecego zapachu, zresztą ja sama również nie potrafiłam. Nawet moje długie włosy zafalowały, wydając się w lustrze krótkie.

Wszystko to było iluzją. Nawet dla mnie.

Była w tym jednak ogromna wada: nie mogłabym ukryć swojej tożsamości, gdybym przemieniła się w wilka. Ale przynajmniej miałam czym ukryć mój zapach i włosy.

Z ostatnim spojrzeniem na sypialnię, którą kiedyś nazywałam swoją, otworzyłam okno, zrzuciłam bagaż i skoczyłam w otchłań mroku poniżej.

Uciekłam od watahy i małżeństwa.

Po dniu nieustannej podróży wreszcie dotarłam do Akademii Lupine, będącej pomnikiem stuleci wilkołaczego dziedzictwa i tradycji, ukrytej głęboko w sercu Lasu Blackpine. Gdy zaświtało, wyłoniłam się z linii drzew i zatrzymałam na skraju polany. Serce zamarło mi w piersi na widok tego, co ukazało się moim oczom. To było tak, jakbym przeniosła się w czasie z nowoczesności do starożytności. Miejsce, o którym tylko słyszałam i które pragnęłam zobaczyć, stało się teraz rzeczywistością. Tyle że to było coś więcej niż tylko wizyta; miałam stać się jego częścią.

Architektura akademii stanowiła harmonijne połączenie starożytnego rzemiosła i naturalnych elementów. Strzeliste iglice sięgały ku niebu, a ich wierzchołki znikały w porannej mgle. Gęste lasy otaczały główny gmach, służąc zarówno jako naturalna bariera, jak i teren ćwiczeń.

Założona ponad dziewięćset lat temu przez czczonego pierwszego Króla Alfa w królestwie, akademia powstała z jedną wyjątkową wizją: aby kultywować i szkolić następne pokolenie przywódców Alfa. Co pięć lat organizowano specjalną bitwę między studentami. Zwycięzca stawał się potężnym przywódcą, Najwyższym Alfą, z władzą tworzenia własnej watahy i dowodzenia wszystkimi czterema regionalnymi Alfami. Dziedzice Alfa z niecierpliwością czekali na ten dzień, ale przez ostatnie sto lat nikt nie wygrał tej bitwy. Byłam tu, by to zmienić, wygrać niemożliwą bitwę i zaprojektować swój własny tron.

Zbliżając się do bram z kutego żelaza, zauważyłam misterne wzory przedstawiające wilki podczas wycia i księżyce w różnych fazach – każdy symbol opowiadał historię stoczonych i wygranych bitew. Przeszedł mnie dreszcz emocji. To było to, początek mojej podróży po przywództwo, którego odmówiono mi z prawa urodzenia. Z ostatnim spojrzeniem na wznoszącą się przede mną budowlę, ruszyłam naprzód, przekroczyłam żelazne bramy i przeszłam przez zieloną polanę. Każdy krok napełniał mnie ekscytacją i szczęściem, aż nagle grupa siedmiu lub ośmiu męskich wilków wybiegła z impetem przez ogromne drzwi gmachu. Niektórzy potykali się w pośpiechu, a ich twarze pełne były strachu i przerażenia.

– Co tu się dzieje? – mruknęłam, obserwując ich ze zdezorientowaniem i rosnącą paniką. Jeden z nich upadł na kolana niedaleko mnie, kaszląc krwią.

Podbiegłam do niego, zauważając jego identyfikator, który wskazywał, że jest nowym studentem, dołączającym dzisiaj, tak samo jak ja.

– Wszystko w porządku? – zapytałam, dostrzegając, że pozostałe wilki nie były wcale w lepszym stanie.

Zakaszlał jeszcze gwałtowniej. Coś było nie tak. Oczywiście był Alfą, więc co mogło aż tak potężnie wpłynąć na jego wilka, że kaszlał krwią? – Co się stało? Dlaczego wszyscy tak uciekacie? I dlaczego kaszlesz krwią?

Uniósł tylko drżący palec i wskazał na wielkie drewniane drzwi akademii, z których wszyscy uciekli. Następnie wstał i popędził w stronę wyjścia, nie oglądając się za siebie.

Wyprostowałam się, ostrożnie ruszając w stronę wielkiego wejścia. Moja wilczyca, Phina, zachowywała czujność w moim umyśle. Któregoś dnia, gdy Seth przyszedł mnie odwiedzić, wspomniał, że wilki w Akademii Lupine są znacznie bardziej zabójcze, niż można by sobie wyobrazić – potworne istoty, które żerowały na słabych i nowo wtajemniczonych dziedzicach Alfa. Przetrwanie wśród nich należało do rzadkości. Kilka chwil temu na własne oczy widziałam, jak nowi rekruci Alfa uciekają w popłochu. Mimo to nie zachwiało to moją determinacją.

Przekraczając próg, zdałam sobie sprawę, jak bardzo słowa Setha były prawdziwe. Powietrze było gęste od męskości; męskie Alfy dominowały w rozległym holu. W chwili, gdy weszłam do środka, atmosfera uległa zmianie.

Śmiechy i rozmowy nagle ucichły, pogrążając salę w ciszy, gdy tylko wyczuli moją obecność. Drapieżne oczy zwróciły się w moją stronę, oceniając mnie, mierząc wzrokiem. Niektórzy parskali z pogardą, lekceważąc moją drobną posturę odzianą w mundurek akademii. Inni, szczególnie ci najsilniejsi, wydawali się zaintrygowani. Przestrzeń przenikała niepohamowana dominacja. Każdy student tutaj był dziedzicem Alfa, wykutym w brutalności, a ja właśnie wkroczyłam w ich świat.

To było moje pierwsze spotkanie z tak wieloma męskimi Alfami. Weszłam prosto do wilczej jamy.

– Świeże mięso – zakpił ktoś.

Pod ich przenikliwymi spojrzeniami postępowałam ostrożnie, pilnując, by moje kroki i postawa naśladowały ruchy mężczyzny. Utrzymanie niskiego profilu było niezwykle istotne; przyciąganie niepotrzebnej uwagi groziło zdemaskowaniem.

W połowie drogi mój wzrok przykuła wizualna reprezentacja hierarchii akademii. Potężna kamienna tablica liderów, na której wyryto imiona czołowych pretendentów Alfa.

Na samym szczycie znajdował się Alfa Ronan Volkstane, syn Alfy Południa.

Zamrugałam, przypominając sobie wzmiankę Setha na jego temat. Alfa Ronan był bezlitosny, niepokonany i niebezpiecznie nieprzewidywalny – był dokładnie tym typem osoby, którego musiałam unikać.

Mój wzrok przeniósł się następnie na drugą pozycję.

Alfa Dante Blackwood, syn Alfy Wschodu.

Nie znałam go, ale domyśliłam się, że jego wysoka ranga oznacza spore niebezpieczeństwo.

Zaciskając wargi, przestudiowałam ranking. Wyglądało na to, że dołączyłam późno; bitwy i zawody rozpoczęły się dawno temu, a mojego imienia nie było na liście. Musiałam dyskretnie piąć się w górę, by odnieść zwycięstwo. Nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że sama moja obecność zdążyła już zakłócić ustaloną równowagę.

Nagle, przytłaczająca aura dotknęła Phiny, budząc jej niepokój w moim umyśle. Oderwałam wzrok od rankingów, skanując otoczenie. Co to było za uczucie? Dlaczego te wilki uwalniały swoje aury? Ich oczy, pełne drwiny, wargi wykrzywione w złowieszczych uśmiechach, a ich ostre aury otoczyły mnie, potęgując tę przytłaczającą energię. W ciągu kilku chwil zostałam osaczona przez ich połączoną dominację. Nagle zrozumiałam, dlaczego inni nowi rekruci uciekli.

Phina warknęła w mojej głowie: – Zmuszają nas do pojedynku dominacji.

Ze spokojem i w ciszy przyznałam jej rację. Nie była to walka fizyczna, ale rytuał, w którym wilki manifestowały swoją siłę samą obecnością. Ci, którzy nie potrafili tego znieść, byli natychmiast podporządkowywani, podobnie jak inni, których zdążyłam już spotkać. Bezpośrednia klęska.

Zaatakowana dominacją wielu Alf, poczułam dyskomfort, a Phina stawała się coraz bardziej niespokojna. Mimo to stałam dumnie, odwracając wzrok, by nie sprawiać wrażenia nazbyt silnej. Im dłużej to znosiłam, tym bardziej cierpiało ich ego. Jeden po drugim nasilali swoje wysiłki, próbując podporządkować mnie swoją dominacją, aż w końcu, sfrustrowani, wycofali się.

Wzięłam dyskretny, głęboki oddech, wierząc, że ta męka dobiegła końca. Aż do momentu, w którym uderzyła we mnie niebezpiecznie ostra aura. Sapnęłam z wrażenia, a Phina zamarła w moim umyśle. Co to było? To była najsilniejsza, najbardziej śmiercionośna aura, z jaką kiedykolwiek się zetknęłam – aura bestii.

Zimna, przenikliwa obecność skupiła się na mnie. Powoli podniosłam wzrok na balkon, napotykając parę fiołkowych oczu, które zdawały się przenikać moją duszę na wylot.

Zamarłam, gdy ukazały się jego uderzające rysy twarzy – mocno zarysowana szczęka, skóra muśnięta słońcem i brązowe włosy opadające tuż za uszy, zmierzwione w sposób, który dodawał mu swobodnego uroku.

Stojąc prosto, ze swą potężną, muskularną budową, Alfa emanował aurą śmiercionośnej dominacji i boskiego powabu, która wręcz domagała się uległości. Im dłużej nasze oczy były w siebie wpatrzone, tym bardziej jego spojrzenie się intensyfikowało.

Wokół mnie wybuchło nagłe poruszenie.

– Nawet nie drgnął pod aurą Ronana!

– Ta, nikt wcześniej nie oparł się aurze Ronana. Kim jest ten wilk?

Twarz przystojnego wilka spochmurniała na te szepty. Zamrugałam. Zaraz, czy oni właśnie nazwali go Ronanem? Ronan Volkstane?!

– To świeże mięso wygrało pojedynek dominacji z Ronanem Volkstane'em! – krzyknął ktoś.

Szlag! To nie powinno było się tak potoczyć. Natychmiast oderwałam wzrok od Ronana.

Odwracając się, by wyjść z holu i udając, że nie zauważam całego tego zamieszania, nagle zderzyłam się z szeroką klatką piersiową, mocno zarysowaną i zwężającą się ku smukłej talii – z samym uosobieniem męskiej doskonałości, które zagrodziło mi drogę.

Zamarłam i powoli podniosłam wzrok, by odkryć, że nade mną góruje Alfa Ronan Volkstane. Otaczający nas hol zapadł w martwą ciszę, gdy zażądał: – Kim ty jesteś?

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: 2. WEJŚCIE DO WILCZEJ JAMY - Księżycowa, która chciała być Alfą | StoriesNook