languageJęzyk

6. JAK ŚMIESZ?

Autor: POOJA4 kwi 2026

SERAPHINA

Cassius natychmiast opuścił ramię i z wymruczanymi przeprosinami wymknął się z resztą.

Patrzyłam za nim, po czym przeniosłam wzrok na Ronana, zaniepokojona nagłą agresją w jego postawie. O co tu, u diabła, chodziło?

– Ronan – zawołał ktoś zza drzwi.

Ronan odwrócił się w stronę wejścia, gdzie we framudze opierał się swobodnie przystojny Alfa o ciemnoblond włosach. Otaczała go potężna, władcza aura, z rodzaju tych, które sprawiały, że nawet powietrze wydawało się cięższe.

Bez słowa Ronan skinął mu krótko głową — i z jakiegoś powodu, zanim wyszedł szybkim krokiem, rzucił mi przelotne spojrzenie.

Wypuściłam powietrze, nie zdając sobie sprawy, że je wstrzymywałam. Sama jego obecność zagrażała czemuś w moim wnętrzu, czego nie potrafiłam nazwać.

Wkrótce reszta była już gotowa w swoich mundurkach, podczas gdy ja zajęłam się wypakowywaniem moich skromnych rzeczy, udając pochłoniętą równym układaniem ich w szafce.

Bez ostrzeżenia Reed kopnął mnie w but — nie na tyle mocno, by zranić, ale też nie delikatnie.

– Hej, Maluchu – zakpił, patrząc na mnie z góry z wykrzywionym uśmiechem. – Jestem pewien, że czytałeś instrukcje dotyczące mieszkania w akademiku.

Spojrzałam na niego, zachowując spokojny i obojętny wyraz twarzy. – Czytałem.

– Więc dlaczego, do cholery, jeszcze nie jesteś gotowy?! – warknął ostrym, zgrzytliwym głosem. – Zaraz zadzwoni dzwonek, a wszyscy muszą być na stołówce, placu treningowym lub w auli, zgodnie z planem. Dzielenie pokoju z takim słabeuszem jak ty i tak jest już wystarczająco żenujące. Tylko nie waż się spóźnić albo zrobić czegokolwiek, co zepsuje moją reputację. Rządzę tym pokojem i przysięgam, że jeśli złamiesz jakiekolwiek zasady, zatłukę cię na śmierć.

Warcząc pod nosem, odwrócił się na pięcie i wypadł za drzwi, zostawiając mnie samą w cichym teraz pokoju.

Patrzyłam na jego oddalające się plecy, a słabe echo jego kroków ucichło w chwili, gdy rozległ się dzwonek.

Chwytając mundurek, wybiegłam z pokoju i popędziłam pustym korytarzem w stronę łazienki. Zgodnie z moją nadzieją, była zupełnie pusta. Jednak na sam widok zaparowanych szklanych kabin prysznicowych ścisnęło mnie w żołądku. Oferowały niewiele prywatności, zaledwie zamazane kontury ciał i kształtów.

Zacisnęłam szczękę. Jak, u diabła, miałam to znosić każdego dnia? Teraz mogłam sobie poradzić, ale na dłuższą metę to było niewykonalne. Prędzej czy później ktoś by coś zauważył. Potrzebowałam planu.

Szybko się rozbierając, wzięłam najszybszy możliwy prysznic, spryskałam się perfumami maskującymi zapach i ubrałam. Zanim dotarłam na stołówkę, brakowało mi tchu i byłam w połowie przemoczona wodą oraz potem.

Pomieszczenie było już pełne jedzących Alfów, ich oczy śledziły mnie z nieodgadnionym wyrazem, niektóre z ciekawością, inne lekceważąco. Ich spojrzenia kłuły moją skórę, ale zignorowałam ich i ruszyłam do lady z jedzeniem.

Tylko po to, by odkryć, że jest niemal pusta.

Większość pojemników z jedzeniem była wyskrobana do czysta. Nawet desery i skrzydełka z kurczaka, których porcje zazwyczaj przygotowywano zgodnie z liczbą uczniów, zniknęły. Spojrzałam na wilka wydającego posiłki, który natychmiast odwrócił wzrok, z wyraźnym poczuciem winy wypisanym na twarzy.

Za mną wybuchnął śmiech.

Odwracając głowę, zobaczyłam tę samą grupę Alfów z talerzami pełnymi jedzenia, którego nie mieliby szans zjeść — w tym moją porcję.

– Hej, Maluchu – zawołał z uśmieszkiem jeden z nich, ten, którego nazywano Jordanem, a który wczoraj stał u boku Alfy Dante. Był przyjacielem Dantego. – Mam stanowczo za dużo jedzenia na talerzu. Nie martw się, na pewno zostawię dla ciebie jakieś resztki.

Wokół niego wybuchnął śmiech. W milczeniu spojrzałam ponad Jordanem na drugą stronę stołówki, gdzie obserwowała mnie para niebieskich oczu – Dante. Wyglądał, jakby chciał mnie rozerwać na strzępy. Powoli oderwałam od niego wzrok.

Nie złapałam haczyka przyjaciela Dantego. Utrzymując nieodgadniony wyraz twarzy, spokojnie zebrałam nieliczne resztki, które pozostały — kilka małych plasterków jabłka, pół porcji ziemniaków, szklankę wody. Nie było tego wiele, ale musiało wystarczyć.

Wzięłam talerz i podeszłam do pustego kąta stołówki, siadając w samotności. Finn, siedzący w pewnej odległości ze swoimi przyjaciółmi, posłał mi delikatny uśmiech, który odwzajemniłam. Ale Ronana nigdzie nie było. Myślałam, że zasady dotyczą wszystkich, więc jakim cudem on działał na własną rękę?

Pierwszy oficjalny dzień treningów i zajęć miał się zaraz rozpocząć, a ja musiałam się skupić. Nie pozwolę, by banda aroganckich Alfów pokrzyżowała moje plany. Trzymanie się w cieniu było na razie najbezpieczniejszą opcją. Liczyło się przetrwanie, nauka i ostatecznie zdobycie pierwszego miejsca w rankingu.

Ale najwyraźniej wszechświat miał inne plany.

Jordan i jego grupa podeszli bliżej, otaczając mój stół niczym stado hien, uśmiechając się, jakby już mieli mnie w garści.

– Tak mało jesz. To dlatego jesteś tak niedożywiony? – szydził Jordan, na tyle głośno, by słyszała to cała stołówka.

Wokół nas wybuchnął śmiech.

Spokojnie ugryzłam plasterek jabłka, nie obdarzając go nawet spojrzeniem. Jego słowa spływały po mnie jak po kaczce. Nie wstydziłam się swojej budowy. W końcu byłam samicą Alfy — obdarzoną najlepszą sylwetką, jaką mogła posiadać samica Alfy. Ale w porównaniu do szerszych, masywniejszych ciał męskich Alfów, moja postura naturalnie wydawała się mniejsza. To nie czyniło mnie słabą.

Przyjaciele Jordana wtrącili się, a ich głosy ociekały kpiną. – Zastanawiam się, jak ten mały nieudacznik się tu dostał. Założę się, że ma jakiegoś potężnego tatusia, który pociąga za niego za sznurki.

Kolejna fala śmiechu przetoczyła się przez pomieszczenie, podczas gdy Jordan nie odrywał ode mnie wzroku. Czekając i pragnąc jakiejkolwiek oznaki reakcji.

– Myślę, że wszyscy wiemy, kto dzisiaj po zakończeniu wyzwania wróci do domu – dodał ktoś z zadowolonym z siebie uśmiechem, a lawina obelg trwała dalej.

Ale ja nawet nie drgnęłam. Nie zmarszczyłam brwi. Nie dałam im niczego.

Zadowolenie Jordana zrzędło, a jego panowanie nad sobą zaczęło się łamać, gdy nie zdołał wyprowadzić mnie z równowagi. Jego ręka wystrzeliła do przodu, chwytając mnie za kołnierz i szarpiąc w swoją stronę.

– Hej, ty mały gnojku – warknął cicho i ostro. – Jak śmiesz traktować mnie jak powietrze?

W mojej głowie Phina obnażyła kły. „Wypuść mnie. Zrobię z jego rąk bezużyteczny strzęp do końca życia.”

„Nie, nie teraz”, odepchnęłam ją w głąb umysłu, zachowując zimny i pusty wyraz twarzy.

Spojrzałam Jordanowi w oczy, moje własne, pozbawione strachu, nie mrugały. Coś w sposobie, w jaki patrzyłam na wskroś niego, sprawiło, że się zawahał, a w jego oczach mignął cień niepokoju. Poczuł to. Zniewagę. Wyzwanie.

Jego pięść uniosła się, celując w moją twarz.

Zanim zdążył wykonać ruch, jakaś dłoń z ostrym, metalicznym brzękiem uderzyła kubkiem z sokiem o mój stół. Nagły hałas przeciął stołówkę niczym ostrze.

Nastąpiła cisza, gęsta i dusząca.

Jordan zamarł. Jego twarz pobladła.

Cała sala wstrzymała oddech.

– Seth Darven – z moim imieniem odezwał się głos.

Powoli zadarłam głowę, by dostrzec Ronana stojącego tuż za mną; jego twarz była mroczna, a jego obecność emanowała niebezpieczeństwem.

Nie patrzył na Jordana. Nie patrzył na resztę. Jego uwaga skupiała się wyłącznie na mnie.

– Jesteś wilkiem, którego przyjąłem do swojego legowiska – powiedział cicho, a jego głos był niskim, władczym pomrukiem, gdy ujął mój podbródek w palce i uniósł go, splatając swoje spojrzenie z moim. – Jak śmiesz pozwalać na to, by cię gnębiono?

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 6: 6. JAK ŚMIESZ? - Księżycowa, która chciała być Alfą | StoriesNook