languageJęzyk

Rozdział czwarty

Autor: Magda Sobol18 maj 2026

Zanim się odsunął, kolana Kaelith drżały. Uniósł palec wskazujący, by przesunąć nim wzdłuż jej szczęki, ku policzkowi, a potem po pełnych ustach. Otworzyła je z cichym jękiem. Jakby przyciągnięty tym dźwiękiem, pochylił głowę i dotknął swoimi wargami jej ust. Prąd elektryczny, niczym statyczne uderzenie, rozbłysł przy dotyku. Cofnął się, równie zaskoczony jak ona.

— Kurwa — jęknął.

W następnej chwili wciągał ją na blat. Jego duże dłonie mocno chwyciły jej biodra i przyciągnęły ją ciasno do niego. Jego usta uderzyły o jej, a ona krzyknęła. Jej ramiona oplotły jego szyję, unieruchamiając go przy sobie. Przygryzł jej dolną wargę, a ona syknęła, pozwalając jego językowi wniknąć do ust. Ich języki spotkały się i starły, każdy walczył o dominację.

Jej nogi oplotły jego talię i poczuła twardą jak skała erekcję napierającą na jej krocze. Odchyliła głowę do tyłu, czując jego pulsowanie przeciwko sobie. Jego usta znaczyły ścieżkę pocałunków w dół jej odsłoniętej szyi, aż znalazł punkt, w którym szyja łączy się z ramieniem. Ssał tam wrażliwą skórę, a ona poczuła jego zęby.

— Bogini — westchnęła, gdy przyjemność, którą tam wywołał, spłynęła prosto do jej wnętrza.

To było tak, jakby nikt nigdy wcześniej jej nie dotykał. Jakby zakończenia nerwowe na jej skórze leżały uśpione, dopóki nie obudziły ich jego palce i usta. Jego usta odnalazły drogę powrotną do jej warg, a on ujął jej twarz w obie dłonie, napierając na nią z siłą swojego pocałunku.

— Graeven?

Kaelith krzyknęła i odsunęła się na dźwięk obcego głosu w drzwiach. Jej przeznaczony trzymał głowę tak, by mogła się schować przy jego piersi. Oddychał ciężko, a ona zauważyła, że jego kłykcie na blacie zbielały od siły uścisku po tym przerwaniu.

— Co? — niemal warknął głosem zbyt zachrypniętym, by zwiastował on coś dobrego.

*A więc*, pomyślała, *mój przeznaczony ma na imię Graeven.* Oczywiście, właściwie rzuciła się na niego, nie znając nawet jego imienia. *Dziwka.*

Tajemniczy mężczyzna w drzwiach zaśmiał się. — Przepraszam, że *przerywam*. Valen cię szuka. Powinniśmy byli wyjechać piętnaście minut temu.

Graeven westchnął. — Dobra. Będę za minutę.

— Poczekam — powiedział mężczyzna, na co Graeven zareagował warknięciem.

Graeven odsunął się i odwrócił, by spojrzeć groźnie na mężczyznę, dając Kaelith możliwość przyjrzenia mu się po raz pierwszy. Mężczyzna był chuderlawy, miał blond włosy i jasnoniebieskie oczy. Miał na twarzy uśmiech kota z Cheshire, gdy jego wzrok przesuwał się po niej, wciąż siedzącej na blacie. Walczyła ze sobą, by się nie gapić, ponieważ prawą stronę jego twarzy zdobił skomplikowany plemienny tatuaż. Nawet bez tatuażu wiedziałaby, że od tego człowieka należy trzymać się z daleka.

Graeven stanął przed nią, chroniąc ją przed pożądliwym spojrzeniem tamtego faceta. Wyciągnął rękę i pomógł jej zejść z blatu. Jego brązowe oczy spotkały się z jej oczami i przez chwilę wpatrywali się w siebie, nie wiedząc, co powinni zrobić dalej. Czy zamierzał poprosić ją, by z nim poszła? Czy ona powinna zapytać?

— Kurde, to jest dobre — jęknął mężczyzna, który wciąż tam stał.

Kaelith gwałtownie się odwróciła i zobaczyła, że facet wkłada palce do miski z masą na ciasto czekoladowe, którą przygotowała. Krew ją zalała. — Co ty do cholery wyprawiasz? — warknęła, podbiegając do niego. — To nie kuchnia twojej babci, tu obowiązują przepisy sanitarne, ty palancie! — Kaelith odepchnęła mężczyznę i spojrzała z wściekłością na zrujnowaną masę, z której miało powstać sześć ciast.

— Uważaj na język, *Odszczepieńcze* — wypluł mężczyzna, prostując się nad nią. Przełknęła ślinę, gdy jego oczy poczerniały z gniewu, a pięści się zacisnęły.

Kaelith poczuła dłoń zaciskającą się na jej nadgarstku i pociągającą ją w tył. Graeven puścił ją i swobodnie stanął między nią a tamtym facetem. Patrzyła, jak mięśnie jego pleców napinają się pod marynarką.

— Odsuń się, Graeven. Nauczę tę odszczepieńczą dziwkę rozumu i ruszymy w drogę — rozkazał wytatuowany.

W mgnieniu oka Graeven chwycił mężczyznę za klapy i uniósł go nad ziemię. Groźny warkot wypełnił kuchnię, sprawiając, że włosy na jej ramionach stanęły dęba. Cofnęła się odruchowo, gdy kły tamtego wysunęły się, a on odwzajemnił warknięcie jej przeznaczonemu.

— Może i jesteś małą córeczką tatusia — syknął mężczyzna — ale wciąż jesteś moim podwładnym. Odpuść, gnoju.

Graeven warknął i pchnął go, posyłając kilka metrów dalej na ścianę. Mężczyzna uderzył o nią z hukiem. Graeven wystawił rękę za siebie w stronę Kaelith, jakby dawał jej znak, by się nie ruszała... jakby i tak mogła to zrobić. Stała sparaliżowana strachem, podczas gdy mężczyzna prostował się i otrzepywał. Jego oczy pozostały czarne jak noc. Jego skóra zadrżała, a ona usłyszała trzask pękających i przestawiających się kości.

— A więc tak to ma wyglądać? — syknął mężczyzna, na co Graeven raz skinął głową. — Dobra, ale zapamiętaj moje słowa: pożałujesz tego.

W końcu mężczyzna wybiegł z pomieszczenia, bez wątpienia po to, by poskarżyć się swojemu alfie. Graeven westchnął, a jego ramiona się rozluźniły. Odwrócił się do niej, gdy jego czarne oczy znów stały się brązowe.

— Wszystko w porządku? — zapytał, przesuwając kciukiem po jej policzku, zostawiając po sobie smugę ciepła. Kaelith skinęła głową.

— Graeven! — zawołał władczy głos z głębi korytarza.

Pięści Graevena zacisnęły się z frustracji, a szczęka mu zadrgała. Westchnął. — Muszę iść. Wrócę i... porozmawiamy — szepnął.

— Kiedy? — nie mogła powstrzymać pytania, gdy kciukiem odciągnął jej dolną wargę.

— Dziś wieczorem — obiecał.

Graeven pochylił się i przycisnął swoje usta do jej ust, pieczętując obietnicę. Naparła na niego, a on jęknął, zanim się odsunął. Spojrzał na nią jeszcze raz, po czym westchnął i energicznym krokiem wyszedł z kuchni. Kaelith opadła z sił, osuwając się na stół, by wachlować swoją płonącą twarz.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki