Graeven dogonił Valena, Malachiego i Silasa. Zignorował ich zaciekawione spojrzenia i wrócił na swoją pozycję przed nimi, by upewnić się, że nie ma żadnych zagrożeń w drodze na spotkanie z Alfą Nashem. Widok rozczarowania na twarzy jego przeznaczonej wciąż odtwarzał mu się w myślach.
*Jego przeznaczona.* Wciąż nie mógł w to uwierzyć. Kiedy wysiadł z SUV-a i poczuł słodki zapach pomarańczy ze śmietanką, pomyślał, że w pobliżu musi być sprzedawca lodów. Ten obezwładniający zapach i ciasny kołnierzyk koszuli odciągnęły jego uwagę od zadania, jakim było dbanie o bezpieczeństwo alfy i jego świty.
Potem ją usłyszał... a potem ją dostrzegł. Jej uroda dosłownie go sparaliżowała. Jasnokasztanowe włosy z delikatną falą opadały tuż poniżej ramion. Gładka, opalona skóra z piegami na policzkach i wydatne usta, które sprawiły, że natychmiast poczuł podniecenie na samą myśl o tym, jak dotykają go wszędzie. Zgrabne ciałko z wąską talią i piersi, które groziły wylaniem się z obcisłego topu, który miała na sobie. Jej oczy błyszczały z powodu rozpoznania iskrzącego między nimi. Nie umknęło jego uwadze, że ten blask w prawym oku nie był tak jasny, co kazało mu się zastanawiać, czy nosi soczewki... ale dlaczego tylko jedną?
Oderwał od niej wzrok, gdy Valen wpadł na niego i warknął cicho. Śpieszyli się, a złamanie formacji mogło oznaczać tylko niebezpieczeństwo – niebezpieczeństwo, którego ewidentnie nie było. Spojrzał z powrotem na swoją przeznaczoną, a jego umysł wirował od pomysłów, jak do niej dotrzeć, jednocześnie wypełniając swoje obowiązki. Minęli go wtedy Silas i Malachi – Malachi z wyrazem rozbawionej ciekawości, a Silas z kpiącym uśmiechem. Ponownie rzucił okiem na przeznaczoną, która kurczowo zaciskała dłoń na namiocie, przy którym stała. Wtedy uśmiechnęła się do niego, a cały świat, jaki znał, rozpadł się na kawałki. Podniosła rękę, a jego tętno wystrzeliło w górę. Poczuł jej zapach, teraz mógł ją znaleźć wszędzie – przekonywał sam siebie.
*Graeven, co ty wyprawiasz? Gdzie jesteś?* – Valen odezwał się w jego myślach.
Graeven przełknął ślinę, wiedząc, że nie ma wyboru. Spróbował przekazać to spojrzeniem, gdy zrobił krok od niej. Zanim się odwrócił, dostrzegł, jak jej uśmiech powoli znika, a przez twarz przemyka wyraz rozczarowania i bólu.
— Może lepiej miej oczy dookoła głowy, Grae — zawołał za nim Silas, gdy w zasięgu wzroku pojawiło się miejsce ich spotkania, „The Howling Hound”. — Właściciel, Paxton, może na ciebie skoczyć, jeśli będziesz zbyt rozproszony.
Graeven wywrócił oczami. Wiedział, że właściciel jest gejem i odrzucił go już dawno temu, choć Silas nigdy nie dawał mu o tym zapomnieć. Chodził do Grilla w każdą wolną sobotę przez ostatnie pięć lat. Wtedy właśnie zatrudnili nowego szefa kuchni, a jego jedzeniu nie można było się oprzeć. Pytał nawet dziewczyny za barem o tego gościa, ale one tylko wybuchały śmiechem i próbowały go przekonać, żeby zamiast tego zabrał je do domu. Po tamtym spotkaniu siadał po prostu w tylnym kącie, próbując wciąż zmieniającego się menu w soboty, kiedy to szef kuchni podobno dostawał świeże, lokalne produkty na cały tydzień.
Dzisiaj jednak nie chodziło o jedzenie; to było wezwanie o pomoc od lokalnego alfy, który zgłaszał liczne ataki odszczepieńców. Właściciel Grilla, Paxton, spotkał ich przy tylnym wejściu.
— Przepraszam, że musieliście iść pieszo, Alfo Valenie. Targ rolny powinien się skończyć do czasu, gdy wasze spotkanie dobiegnie końca, i wtedy kierowcy będą mogli was stąd odebrać — wyjaśnił Paxton.
— Żaden problem — odparł Valen, chowając telefon do kieszeni, by uścisnąć dłoń mężczyzny. Przyjrzał się dwóm mężczyznom przy wejściu. — Czy masz dla nas przygotowany prywatny pokój?
— Tak, proszę pana, podczas waszej rozmowy w budynku nie będzie nikogo poza mną.
— Dobrze. — Valen skinął głową dwóm ochroniarzom, którzy pochylili głowy, gdy wchodził.
Graeven pozwolił Silasowi i Malachiemu wejść przodem, sam zostając na chwilę, by upewnić się, że nie byli śledzeni. Paxton trzymał dla niego drzwi. Gdy wchodził do środka, usłyszał, jak Paxton szepcze do mężczyzn: — Pamiętajcie, o czym rozmawialiśmy. Nikogo nie wpuszczać. Zrozumiano? Po prostu zamknijcie jadaczki, róbcie swoje i będzie dobrze.
Oczy Graevena pożerały każde pomieszczenie, które mijali, szukając jakiegokolwiek ukrytego zagrożenia. Zapachy wirowały wokół, a jego umysł analizował każdy z nich, zanim go odrzucił. Valen i pozostali byli już w części wypoczynkowej baru, czekając, aż Paxton zaprowadzi ich do pokoju. Paxton zrobił to, wskazując ręką drzwi pośrodku. Valen skinął głową Graevenowi. On i Malachi rozdzielili się, by sprawdzić każde puste pomieszczenie, zanim Graeven otworzył drzwi, z których mieli korzystać. Alfa Nash i dwaj mężczyźni, których przyprowadził, stali przy wejściu. Gdy Valen wszedł, napięcie w pokoju podwoiło się.
— Alfo Nash — przywitał się Valen z uniesioną dłonią.
Nash przełknął ślinę i z drżeniem uścisnął dłoń Alfy Likanów. — Dziękuję za przybycie, Alfo Valenie.
— Bezpieczeństwo twojej watahy wpływa na bezpieczeństwo mojej, Nash. Doceniam, że przyniosłeś nam tę sprawę. Wiem z doświadczenia, jak trudno jest prosić o pomoc. Teraz siadaj i powiedz mi, z czym masz do czynienia — powiedział Valen. Usiadł, chętny do przejścia do interesów.
Nash westchnął z ulgą, siadając ponownie. — Dobrze, cóż, problem odkryliśmy około sześciu miesięcy temu. Zaczęło się skromnie, od powiewu zapachu odszczepieńca tu i tam wzdłuż naszych granic, nic niezwykłego, jak sam wiesz.
— Oczywiście — zgodził się Valen.
Graeven stanął pod ścianą przy drzwiach. Skrzyżował ramiona i słuchał uważnie. Bezpieczeństwo watahy było jednym z jego głównych obowiązków. Ponieważ wataha Nasha sąsiadowała z ich terenem, problemy z odszczepieńcami u sąsiadów wkrótce dotknęłyby i ich.
— Około trzech miesięcy temu dostrzegliśmy ich grupę, może czterech? — spojrzał na swojego betę po prawej, który skinął głową. — Rozproszyli się w momencie, gdy mój patrol ich namierzył. Straciliśmy ich trop około dwóch mil na północ i przez miesiąc ich nie widzieliśmy. Myśleliśmy, że ich wystraszyliśmy. — Nash pokręcił głową. — Potem dostrzegliśmy dwie oddzielne grupy po cztery osoby na przeciwległych końcach naszych granic. Testowali nasze ogrodzenia. Na szczęście, ponieważ wzorowaliśmy je na waszych, nie zdołali ich sforsować, ale...
— To niepokojące wieści — powiedział Valen, stukając palcami o krawędź stołu. — Masz pojęcie, czego szukali? — Wyjął papierosa z kieszeni marynarki i zaproponował go wyraźnie zdenerwowanemu alfie, który pokręcił głową.
— Nie mam pojęcia! Nie mamy żadnych wrogów, od ponad roku nie przyjęliśmy żadnych nowych członków, nie mamy żadnych toczących się transakcji biznesowych ani żadnych większych zasobów do zgarnięcia...
Valen zaciągnął się papierosem. — Dlaczego mam wrażenie, że wiesz, czego chcą, tylko boisz się to wypowiedzieć na głos?
Nash spojrzał na swojego betę, który znów skinął głową. To beta odezwał się jako następny. — To obrzeża, które próbowali sforsować, budzą nasz niepokój, Alfo Valenie.
— Co z nimi?
— Widziano ich tylko przy ogrodzeniach, które graniczą z twoimi.
Valen spojrzał na Graevena, który pokręcił głową. — My nie mieliśmy żadnych nietypowych obserwacji. Jeden lub dwóch tu i tam. Wszyscy zostali schwytani, przesłuchani i wypuszczeni z ostrzeżeniem i *przyjacielskim przypomnieniem* — odpowiedział Graeven. Każdy odszczepieniec złapany na ich terytorium otrzymuje małe piętno, aby wiedzieli, czy dany wilk próbuje tego samego po raz drugi.
Mężczyzna po lewej stronie Nasha wyciągnął teczkę z kolan, wyjął zdjęcie i przesunął je po biurku. Valen rzucił na nie okiem, po czym uniósł je przez ramię dla Graevena. Ten wziął zdjęcie i zmarszczył brwi. Była to fotografia znaku, którego wataha Blackwood używa na skórze odszczepieńców.
— To *przyjacielskie przypomnienie*? — zapytał beta z uśmieszkiem.
Graeven posłał becie spojrzenie. Wystarczyło mniej niż dwie sekundy, by beta pochylił głowę pod jego wzrokiem. — Kiedy to zrobiliście?
— Dwa tygodnie temu — odparł Nash.
— To nie pierwszy raz — zgadł Valen.
— Ani ostatni — potwierdził Nash.
— Cóż, kimkolwiek są, byli na tyle sprytni, by nie dać się nam złapać dwa razy — wtrącił Malachi.
— I nie macie pojęcia, czego szukają? — zapytał Graeven. — Mieliście u siebie więcej niż trzech tych odszczepieńców i nic z nich nie wyciągnęliście?
Twarz bety poczerwieniała. — To nie tak, że nie próbowaliśmy.
— Cóż, jakiekolwiek metody stosujecie, muszą...
— Żaden z nich nie miał języka — przerwał Nash, jeżąc się nieco.
Valen posłał ostrożne spojrzenie Alfie Nashowi, przypominając mu, kto tu komu pomaga. — Z językiem czy bez, są sposoby na uzyskanie odpowiedzi.
— Dlatego was wezwaliśmy. Myślimy, że możemy sobie nawzajem pomóc — powiedział Nash.
— Złapaliście kolejnego? — zapytał Valen.
Alfa i beta wymienili spojrzenia. — Złapaliśmy... udało mu się uciec.
— Kiedy? — tym razem zapytał Graeven.
Nash wciąż patrzył na Valena. — Zeszłej nocy. Skierował się na zachód. Byliśmy w stanie tropić go przez parę mil, zanim straciliśmy zapach. Wezwaliśmy was nie tylko ze względu na sąsiedztwo. My... potrzebujemy tropiciela... — Nash w końcu spojrzał na Graevena.
Valen spojrzał przez ramię. Graeven skrzyżował ramiona i raz skinął głową. — Macie go — zgodził się Valen, wstając. — Przejmiemy to stąd i pomożemy wam z waszym problemem. Omówimy zapłatę za nasze usługi po zakończeniu zadania. Mój zespół stawi się w waszym domu watahy do wieczora, by zebrać to, czego potrzebujemy, a potem wyruszą. Powinniśmy mieć odpowiedzi w ciągu dwóch dni. — Valen wyciągnął rękę. Nash ją uścisnął, nie do końca pewien, czy powinien cieszyć się z tej umowy, ale zbyt przerażony, by odmówić.
Silas i Malachi wyszli przed Valenem, robiąc szybki przegląd wnętrza pod kątem zagrożeń. Valen wyszedł, zrobił dwa kroki i zatrzymał się. Graeven podążył szybko za nim, by zobaczyć, o co chodzi. Zrobił jeden krok i zamarł: pomarańczowa śmietanka. Uniósł nos i wciągnął głęboko powietrze jak szaleniec. Ślina napłynęła mu do ust i musiał walczyć ze sobą, by nie jęknąć.
— Ty też to czujesz — powiedział cicho Valen. Stanął twarzą do Graevena.
— Ty... ty to czujesz? — zapytał Graeven. Oczywiście każdy mógł wyczuć jego przeznaczoną, ale z pewnością nie powinno to być tak silne dla alfy ani stanowić powodu do niepokoju.
Valen skinął głową, jego nozdrza rozszerzyły się, a oczy zwęziły. — Odszczepieniec.
Brwi Graevena ściągnęły się gwałtownie. Wciągnął powietrze teraz nieco bardziej świadomie i oto był, ukryty pod jej własną wonią, inny zapach: odór wilka-odszczepieńca.
— Znajdę to. Idź do samochodu — ponaglił Graeven, ruszając przez bar. Wszedł w korytarz dla personelu i zatrzymał się. Usłyszał słodki głos śpiewający piosenkę i dźwięk patelni przesuwanych po kratkach. Szedł dalej korytarzem, dyskretnie zaglądając w każde drzwi w poszukiwaniu odszczepieńca.
Graeven szedł dalej, a zapach pomarańczy i śmietanki zaczął mieszać się z zapacham odszczepieńca i w końcu zrozumiał. Śpiew trwał, gdy dotarł do ostatnich drzwi. Podwójne skrzydła były oparte, prowadząc do lśniącej kuchni. Zobaczył, jak jego przeznaczona otwiera piekarnik i przechyla głowę, by wciągnąć aromat, nachylając się przy tym. Widok jej wypiętej w legginsach do jogi go rozbroił. Po raz pierwszy w życiu był całkowicie bezradny wobec fizycznej reakcji swojego ciała. Mięśnie mu drżały z potrzeby dotknięcia jej. Jej śpiew nieco ucichł, aż w końcu całkowicie ustał. Jego przeznaczona zamknęła piekarnik i odwróciła się. Jej oczy rozszerzyły się, gdy przesuwała wzrokiem po jego sylwetce. Im niżej padał jej wzrok, tym mocniejszy rumieniec wykwitał na jej skórze. Gdy spojrzała na wysokość jego pasa, telefon wypadł jej z ręki.
— C-co ty tutaj robisz? — szepnęła.






