W głowie Kaelith wciąż się kręciło, gdy parkowała ciężarówkę za barem. Zauważyła, że dwóch ochroniarzy baru zostało postawionych przy tylnych drzwiach. Wysiadła i podeszła do nich.
— Torin? Co się dzieje? — zapytała mniejszego z nich. Wiedziała, że lepiej nie próbować wyciągać żadnych informacji od Titusa, jego starszego, znacznie większego brata.
Torin uśmiechnął się szeroko i przytulił ją mocno. — Hej, maluchu! W środku trwa wielkie spotkanie, więc... Ała!
Titus spojrzał groźnie na brata. — Której części „zamknij się i rób swoje” nie zrozumiałeś? Odszczepieniec nie musi wiedzieć, więc stul pysk — syknął Titus.
Torin potarł tył głowy w miejscu, gdzie brat właśnie go uderzył. — Cham. Powiedziałem tylko, że jest spotkanie. I nie nazywaj jej pieprzonym odszczepieńcem, gnoju.
Dwaj mężczyźni stanęli naprzeciw siebie, gotowi do bójki, ale Kaelith odchrząknęła i podeszła, by dotknąć przedramienia Torina. — No już, chłopcy. Nie chcę sprawiać kłopotów. Przyszłam tylko przygotować jedzenie na wieczór. Muszę wejść do kuchni. Jest po drugiej stronie budynku, z dala od prywatnych pokoi. Paxton powiedział, że mogę przyjść wcześniej.
Titus zmierzył ją wzrokiem, po czym cofnął się o krok i wyciągnął telefon.
Torin wywrócił oczami. — Co dzisiaj gotujesz? Spodziewam się, że około szóstej będę umierał z głodu.
Kaelith uśmiechnęła się. — Mam mnóstwo różnych rzodkiewek i łopatki wieprzowe od Mindry. Więc myślę o wolnym pieczeniu...
— Dobra, możesz wejść. Prosto do kuchni i masz z niej nie wychodzić. Zrozumiano? — przerwał Titus, najwyraźniej otrzymawszy zgodę od Paxtona.
Kaelith posłała mu wdzięczne spojrzenie, po czym wróciła do ciężarówki po swoje rzeczy. Ta dwójka wciąż się kłóciła, gdy wróciła do drzwi z pierwszym pudłem.
— ...pomoc jej zajmie mi pięć minut — kłócił się Torin.
— Paxton kazał się nie ruszać, palancie.
— Cipa.
— Kretyn.
Kaelith wywróziła oczami i ruszyła do kuchni. Wkrótce cała jej zdobycz była rozrzucona po podłodze, a ona sama była zdyszana. Nie marnując ani sekundy – bo to pozwoliłoby jej myślom uciec do tego, co wydarzyło się rano – upięła włosy w kucyk, zrzuciła kurtkę i zawiązała fartuch w pasie. Włożyła słuchawki do uszu i podkręciła głośność na maksa, by zagłuszyć głosy zmuszające ją do zastanawiania się, jak jej przeznaczony mógł odejść bez słowa.
Minuty mijały, gdy nakładała suchą marynatę na łopatki i siekała warzywa. Kaelith śpiewała razem z muzyką alternatywną ryczącą jej w uszach. Kołysała biodrami i podskakiwała na piętach, doprawiając duszącą się marchewkę. Kiedy była zadowolona z postępów, a mięso znalazło się w piecu opalanym drewnem, wyciągnęła ramiona nad głowę i strzeliła karkiem. Fartuchem przetarła czoło i zerknęła na zegarek. Minęła dopiero godzina przygotowań, a wieprzowina będzie gotowa dopiero za cztery lub pięć. Otworzyła piec i wciągnęła słodki aromat mięsa, ale potem zmarszczyła brwi, czując coś, czego nie powinno tam być: słodką mieszankę goździków i jabłek. Zamknęła piec i cofnęła się. Wtedy to poczuła... nie była sama.
Kaelith odwróciła się powoli i zobaczyła go: swojego przeznaczonego, opartego o framugę drzwi z założonymi rękami, przyglądającego się jej uważnie. To był pierwszy raz, kiedy widziała go z bliska, a jej serce zaczęło walić w piersi. Miał czekoladowobrązowe włosy, które sięgały tuż poniżej uszu i lekko falowały, jakby często przeczesywał je palcami. Miał zadbaną brodę, która wcale nie ukrywała jego ostro zarysowanej szczęki. Jego brązowe oczy niemal pasowały do włosów, poza czerwonym odcieniem, gdy padało na nie światło. Był wysoki, wyższy nawet od Titusa, miał szerokie ramiona i wąską talię. Choć miał na sobie czarny garnitur, widziała, że pod spodem kryją się świetnie wyrzeźbione, smukłe mięśnie. Powiodła wzrokiem po tych mięśniach w dół jego tułowia i osłupiała na widok wyraźnego wybrzuszenia w jego spodniach.
Jej wzrok wystrzelił do jego oczu, a ona walczyła, by zignorować gorąco ogarniające jej ciało. Kącik jego ust uniósł się lekko w rozbawieniu. Upuściła telefon, co wyrwało słuchawki z jej uszu. Jego wzrok spoczął na telefonie, a potem powoli powędrował w górę jej ciała, pozostawiając na skórze palący żar, jakby naprawdę jej dotykał. Przełknęła ślinę.
— C-co ty tutaj robisz? — zapytała Kaelith, odzyskując w końcu głos.
Nie odpowiedział. Zamiast tego jego oczy śledziły jej twarz, wzdłuż kości policzkowych, po kasztanowych włosach i w dół odkrytego gardła aż do obojczyka. Odepchnął się od ściany i ruszył w jej stronę. Gdy się poruszał, czuła, jak jej tętno rośnie coraz bardziej. Jego zapach stawał się silniejszy wraz z każdym krokiem, a ona wciągała go każdym rwanym oddechem. Zanim stanął przed nią, była już niemal zdyszana.
Wpatrywała się w jego klatkę piersiową, przesłoniętą marynarką. Spojrzała powoli w górę, wbijając paznokcie w dłonie, by powstrzymać się przed dotknięciem go. Jej wzrok zatrzymał się na jego odsłoniętej krtani i pulsującej tętnicy, zanim zmusiła się do spojrzenia mu w oczy. Przełknęła ślinę na widok intensywności, którą tam dostrzegła. Uniósł dłonie i objął nimi jej szyję. Sapnęła na palący żar jego dotyku, a on jęknął. Zamknął oczy, a kiedy je otworzył, zobaczyła, że są całkowicie czarne. Czerń szybko ustąpiła, gdy odzyskał panowanie nad sobą. Oblizał wargi, a ona patrzyła jak urzeczona na powolny ruch jego języka.
— Co masz w oku? — szepnął. Jej powieki zadrżały i zamknęły się na dźwięk jego barytonu, który łaskotał skórę jej policzków.
— Co? — Nie mogąc się już dłużej powstrzymać, wyciągnęła palce i chwyciła go za marynarkę. Jego oczy gwałtownie zerknęły na jej dłonie, a potem z powrotem na jej twarz. Zrobił krok bliżej, przyciskając ją do blatu.
— Twoje oko. Coś w nim jest. Wyjmij to.
Kaelith zawahała się, po czym wsunęła dłonie między nich. Odchyliła głowę i palcami wyjęła brązową soczewkę, której używała do ukrycia swojej jedynej niebieskiej tęczówki. Mrugnęła kilka razy, zanim odważyła się spojrzeć na przeznaczonego. Mięsień jego szczęki zadrgał, a oczy znów pociemniały. Patrzyła, jak jego wzrok przeskakuje z jednego jej oka na drugie.
— Jesteś odszczepieńcem — szepnął.
Zjeżyła się nieco na to, co większość ludzi uważała za obelgę. — Tak, i co? Masz z tym problem? — Skrzyżowała ramiona, próbując zignorować elektryczność, którą czuła, gdy jej ręce ocierały się o jego pierś. Jego dłonie zacisnęły się na jej szyi, a kciukami wywarł nacisk pod jej szczęką, zmuszając ją do podniesienia głowy.
— Jesteś pół-likanką — powiedział, stwierdzając kolejny fakt.
— Jestem.
Jego oczy błądziły po jej twarzy, jakby próbował sam ułożyć te puzzle. Westchnęła i odepchnęła go lekko, potrzebując miejsca do myślenia. Warknął cicho, ale cofnął się o krok i zdjął ręce z jej skóry. Wsunął dłonie do kieszeni, a ona zastanawiała się, czy zrobił to po to, by powstrzymać się przed wyciągnięciem ich do niej.
Oparła się o blat.
— Słuchaj. Aby oszczędzić ci czasu i wysiłku umysłowego: niewiele wiem o swojej przeszłości. Zostałam porzucona w sierocińcu jako niemowlę. Nie mam pojęcia, kim są moi rodzice. Dowiedziałam się, że jestem częścią lukanów zaledwie kilka lat temu, kiedy... — odwróciła wzrok, nie chcąc wygrzebywać tamtego wspomnienia. — To nieważne. Niedługo potem *wybrałam* bycie odszczepieńcem. Przyjechałam do Silverlake City, żeby być bezpieczna. To tyle. To wszystko, co musisz wiedzieć.
Posłał jej powątpiewające spojrzenie. — W jakiej watasze się wychowałaś?
— Nie odpowiem na to. To nieistotne.
— Nie zgadzam się.
— Zerwałam więzi z watahą i ich *alfą*. Nie będę o tym dyskutować — stwierdziła stanowczo.
Jej przeznaczony uśmiechnął się półgębkiem i rozejrzał, jakby po raz pierwszy widział pomieszczenie, w którym się znajdował. Spojrzał na nią, a jego wzrok przesunął się po jej fartuchu i plamach na nim. Uśmieszek zamienił się w wyraz satysfakcji. — Jak masz na imię, Szefowo?
Zaśmiała się cicho. Jakie to zabawne, że można spotkać swoją bratnią duszę i nie wiedzieć o niej absolutnie nic poza tym, że jest się sobie przeznaczonym. Przyciągnęła ramiona bliżej siebie, co uniosło jej piersi i przykuło jego wzrok.
— Kaelith.
Mruknął cicho, a żar, który czuła wcześniej, powrócił z dwojoną siłą. Podszedł do niej ponownie i oparł ręce na blacie po obu jej stronach, więżąc ją. Pochylił głowę i przesunął nosem od jej ramienia aż do szyi. Wciągnął głęboko powietrze, sprawiając, że jej powieki zadrżały.
— Kaelith — odetchnął przy jej uchu zachrypniętym głosem. Ugryzł lekko płatek jej ucha. — Wygląda na to, że powinienem był bardziej nalegać na spotkanie z tobą... *przeznaczona*.






