Kaelith wjechała swoją zardzewiałą ciężarówką na miejsce parkingowe za farmą Frostpeak i zatrzasnęła drzwi z przeraźliwym zgrzytem. Słysząc znajomy dźwięk, Maddox, właściciel farmy, wyjrzał zza firanki i uśmiechnął się.
— Kaelith! Jak zawsze miło cię widzieć — powiedział, puszczając do niej oko.
— Cześć, przystojniaku — przywitała się.
Maddox był starszy, prawdopodobnie po siedemdziesiątce, miał plamy wątrobowe, skórę pomarszczoną od słońca, pod którym spędził całe życie, i siwe włosy, ale ona uwielbiała patrzeć, jak jego twarz czerwienieje pod wpływem komplementu w każdą sobotę. Jego jasnoniebieskie oczy błyszczały, gdy podszedł do niej dziarskim krokiem.
— Co masz dla mnie w tym tygodniu? — zapytała.
— Cóż, to dobry tydzień na warzywa korzeniowe! Rzodkiewki, rzodkiewki i jeszcze więcej rzodkiewek — powiedział, wskazując na ułożone w stosy kartonowe pudła. — Mam dla ciebie trochę kapusty, jarmużu i kilka innych zielonych warzyw oraz... — Położył dłoń na dużym pudle. — Marchewki, twoje ulubione.
— Kocham cię, dziękuję! — wykrzyknęła, zabierając się do zapełniania paki ciężarówki.
Kiedy skończyła, klasnęła w dłonie i wyjęła torebkę z kabiny, żeby sprawdzić, co jeszcze uda jej się znaleźć na targu. Odwróciła się i zobaczyła Maddoxa stojącego tuż za nią, naruszającego jej przestrzeń osobistą. Odchyliła się lekko do tyłu.
— Mam dla ciebie jeszcze jedną niespodziankę w tym tygodniu — zaszczebiotał, podając jej małe pudełko.
— Oh, dziękuję — powiedziała, omijając go krokiem w bok. Wzięła pudełko i zauważyła, że nerwowo drapie się po karku. Jego wzrok błądził po tłumie ludzi. Kaelith otworzyła pudełko i krzyknęła z zachwytu: boczniaki. — Dziękuję, Maddox! — wykrzyknęła, zarzucając mu ramiona na szyję.
— Ile płacę? — zapytała.
— Nic — zapewnił ją z uśmiechem.
— Czy... czy na pewno?
— Twój kontrakt sprzedażowy przez ostatnie kilka lat utrzymał moją małą farmę na powierzchni. Gdyby nie ty, byłbym zmuszony zamknąć gospodarstwo lata temu. To mój sposób na podziękowanie — powiedział jej.
Przycisnęła pudełko do piersi. — Dziękuję.
Maddox nadal wyglądał na zdenerwowanego. — Nie... nie chcesz ich teraz spróbować? — zapytał.
— Och, nie, jeszcze nie. Wolałabym je zostawić na później.
— No cóż, to znaczy, powinnaś zjeść chociaż jednego, prawda? — nalegał, podchodząc znów bliżej i wypychając pudełko ku górze.
Czując się po raz pierwszy nieco bardziej niż nieswojo w towarzystwie starego rolnika, Kaelith wymówiła się, mówiąc, że musi zrobić zakupy. Gdy odchodziła, czuła na plecach poirytowane spojrzenie Maddoxa i stłumiła dreszcz.
Targ rolny w centrum Silverlake był jednym z jej ulubionych miejsc. Rynek miejski wypełniały dwa rzędy namiotów. Byli tam rolnicy, rzemieślnicy, rękodzielnicy, a latem nawet sprzedawca waty cukrowej. Robiła tu zakupy w każdą sobotę, odkąd pięć lat temu przeprowadziła się do Silverlake. Kilka miesięcy po przeprowadzce miała szczęście znaleźć wolne miejsce dla szefa kuchni w „The Howling Hound”, gdzie jej przyjaciółka pracowała jako barmanka. Paxton był jedyną osobą, z którą rozmawiała o pracy, a którą kompletnie nie obchodził jej status odszczepieńca. Miał tylko jeden warunek: nie wychodzić na salę podczas pełnienia służby.
Niestety, piętno związane z jej statusem odszczepieńca ciągnęło się za nią jak chmura pyłu. Nawet teraz, gdy przeglądała namioty, wiedziała, że niektórzy z nich odmówią przyjęcia jej pieniędzy z tego powodu. Kilku nawet splunęło na nią w przeszłości. To była ich strata. Na tym targu kupowała całe jedzenie potrzebne do restauracji, wydając tysiące każdego tygodnia. Jeśli nie chcieli zarobić sporej sumki tylko dlatego, że uciekła przed tym draniem, to niech im będzie.
Ciężko pracowała w barze. Kiedy została zatrudniona, miejsce to było znane jako bar dla zmiennokształtnych, którzy mogli się upić i rozrabiać. Nikt nawet nie zauważał, że serwują tam jedzenie. Wkrótce po tym, jak zaczęła, część gastronomiczna zarabiała prawie tyle samo co bar. Pomiędzy 14:00 a 22:00 każdy stolik był zajęty, a talerze wylizane do czysta. Była to dla niej ogromna duma. Kaelith otrzymała nawet prośby od kilku magazynów i gazet, które chciały napisać o niej reportaż. Zawsze jednak odmawiała. Jakiekolwiek zainteresowanie jej osobą mogło przyciągnąć *jego* wzrok, a musiała zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić.
Po zakupie mięsa na cały tydzień i obietnicy, że odbierze je przed wyjazdem, wstąpiła na Farmę Miodu Ambrose'a, by uzupełnić zapasy. Gdy Micah pozwolił jej spróbować swojego nowego miodu z polnych kwiatów, zauważyła szmer przebiegający przez targ. Włożyła patyczek do ust i zerknęła w stronę ulicy. Serce jej zamarło. Cztery czarne SUV-y podjechały pod krawężnik. Czy to on? Czy ją znalazł? Drzwi środkowego pojazdu otworzyły się, a Kaelith szybko ukryła twarz, udając nadzwyczajne zainteresowanie różnymi pałeczkami miodu ułożonymi na stole.
— Wygląda na to, że szykuje się kolejne spotkanie — szepnął konspiracyjnie Micah.
Kaelith podniosła wzrok i zobaczyła, że przygląda się mężczyznom wysiadającym z samochodu. — Bywają tu regularnie? — zapytała z nadzieją w głosie.
Skinął głową. — Likani.
Kaelith odetchnęła z ulgą, co wywołało u Micaha zaciekawione uniesienie brwi. Likani nie byli powodem do spokoju, mimo że Silverlake sąsiadowało z jedną z największych watah w kraju. Przewyższali wilki niemal nieśmiertelnością, wyostrzonymi zmysłami, wrodzoną intuicją i o wiele bardziej zabójczymi zdolnościami. Kaelith powinna o tym wiedzieć, sama była w połowie likanką. Kundel-odszczepieniec... najgorsze z najgorszych w obu kręgach. Zbyła pytające spojrzenie Micaha, wybierając pałeczkę miodu, przełamując ją i wdychając zapach.
— Mmmm, jabłko i... czy to goździki? — zapytała, podnosząc wzrok z cieknącą ślinką.
Jego brwi zmarszczyły się jeszcze bardziej. Zerknął na pałeczkę. — Ta jest lawendowa.
— Hm — mruknęła Kaelith, dokładając pałeczkę do swoich zakupów.
Rozejrzała się i uniosła nos wyżej. Kolana ugięły się pod nią na ten pyszny zapach. Chciała go odnaleźć i dodać cokolwiek to było do swojego menu na ten tydzień. Cofnęła się i znów pociągnęła nosem. Odwróciła głowę w kierunku zapachu i otworzyła oczy. Oddech uwiązł jej w gardle, a całe ciało przeszło mrowienie.
Jej wzrok przykuła grupa mężczyzn odchodzących od SUV-ów. Wszyscy byli dobrze ubrani, a ich kroki pożerały chodnik; ewidentnie spieszyli się gdzieś. Z przodu szło czterech mężczyzn. Dwaj osłaniali ich nieco z tyłu. Obaj byli szczupli, mieli blond włosy i grymasy na twarzach. Zauważyła tatuaże wystające spod ich marynarek, a jeden miał nawet wzór na twarzy.
Jeden mężczyzna szedł w środku grupy, jakby pod ich ochroną. Był *ogromny*. Zbudowany jak forteca, wpatrywał się w telefon, wściekle w nim pisząc. Zerknął raz w górę, a ona aż sapnęła. Jego oczy... nigdy nie widziała nikogo z tą samą wadą genetyczną co ona: heterochromią. Podczas gdy ona zawsze nosiła brązową soczewkę kontaktową w swoim jedynym niebieskim oku, by unikać niechcianej uwagi, ten człowiek obnosił się z tym, sprawiając, że kobiety wokół niego gapiły się na ten ewenement.
Jednak to nie żaden z tych mężczyzn pierwotnie przyciągnął jej spojrzenie. Nie, to mężczyzna o pysznym zapachu jabłecznika prowadził grupę. Poprawiał mankiety marynarki i wiercił się przy kołnierzyku. Ewidentnie nie był przyzwyczajony do noszenia garnituru, choć nie wiedziała dlaczego, skoro wyglądał w nim tak dobrze. Musiał mieć co najmniej metr dziewięćdziesiąt. Był dokładnie w jej typie, ze szczupłym ciałem, które niewątpliwie skrywało dobrze wyrzeźbione mięśnie. Miał długi krok, a jego ciemne oczy omiatały targowisko, jakby wypatrywały jakichkolwiek oznak niebezpieczeństwa. Przeczesał gwałtownie lewą ręką ciemne włosy, przez co kilka kosmyków opadło mu na czoło, po czym znów spróbował poprawić kołnierzyk.
— *Przeznaczony* — szepnęła Kaelith w stronę wiatru. Zatrzasnęła usta z szoku. Nie chciała tego mówić na głos. Wiedziała, że to zrobiła, bo w momencie, gdy to słowo opuściło jej usta, jego głowa gwałtownie zwróciła się w jej stronę.
Jej przeznaczony zamarł w miejscu, z ramionami wciąż uniesionymi pod dziwnym kątem za karkiem. Nawet z drugiego końca targu zauważyła, jak jego ciemne oczy stają się czarne jak smoła z rozpoznania. Chwyciła słupek namiotu obok siebie i poczuła, jak metal wygina się pod napięciem. Jej przeznaczony wpatrywał się w nią w szoku, dopóki mężczyzna piszący na telefonie nie wpadł na jego ramię. Wielkolud spojrzał gniewnie na jej przeznaczonego, najwyraźniej nieprzyzwyczajony do tego, że ten przerywa coś, co prawdopodobnie było rutynową formacją. Dwaj mężczyźni za nim posłali mu pytające spojrzenia, gdy go mijali.
Kaelith czekała w wyczekiwaniu. Posłała nieśmiały uśmiech i uniosła rękę w geście powitania. On nie odwzajemnił uśmiechu; zamiast tego nadal patrzył na nią z tym samym niepewnym, zszokowanym wyrazem twarzy. Chwilę później mrugnął, spojrzał na mężczyzn, którzy go minęli, zerknął z powrotem na nią i pokręcił głową. Kaelith mrugnęła kilka razy w konsternacji, a on odwrócił się i ruszył za pozostałymi. Poczuła ucisk w piersi, gdy oddalał się coraz bardziej. Patrzyła na jego plecy, aż zniknął za rogiem ulicy Main Street.
Jej przeznaczony, likan, po prostu odszedł, nie rzucając jej drugiego spojrzenia. Co ona, do cholery, miała teraz zrobić?






