languageJęzyk

Rozdział szósty

Autor: Magda Sobol18 maj 2026

Kaelith zamknęła kuchnię na noc. Choć piekarnik i kuchenka dawno już wystygły, w niej aż wrzało. Dwa dni. Minęły *dwa dni*, odkąd jej przeznaczony obiecał, że porozmawiają. Przez ostatnie dwie noce praktycznie mieszkała w barze, odmawiając powrotu do domu aż do wczesnych godzin rannych, kiedy zdała sobie sprawę, że nie powiedziała mu, gdzie mieszka, ani nie podała numeru telefonu. Pierwszej nocy czuła się odrzucona. Drugiej — zraniona. Dzisiaj… dzisiaj była wściekła. *Jak on śmiał? Za kogo on się uważa?*

Mrucząc pod nosem, chwyciła kolację, którą sobie przygotowała — loco moco z boczniakami — i przeszła przez drzwi prowadzące z tylnego korytarza za bar. Junia zerknęła na nią i mrugnęła, po czym wróciła do mieszania jakiegoś koktajlu. Kaelith mruknęła coś do siebie, zajęła ostatni stołek przy barze i oparła głowę na dłoni. Przebiła widelcem sadzone jajko i zaczęła jeść łapczywie. Patrzyła wilkiem na swoje danie, jedno z ulubionych, którym nie potrafiła się cieszyć przez swojego lekkomyślnego likańskiego *przeznaczonego*.

— Musisz mi w końcu powiedzieć, co cię gryzie — stwierdziła Junia, patrząc na nią surowo z drugiej strony baru. — Jestem zbyt zajęta, żeby znosić dzisiaj twoje fochy.

— A co, jeśli nie powiem, co? — zapytała Kaelith, pozwalając, by złość wybrzmiała w jej głosie.

Oczy Junii lekko się rozszerzyły na ten ton, ale mimo to uśmiechnęła się. — Jeśli nie powiesz, nic ci dzisiaj nie naleję — odparła, unosząc szklankę tequili, którą już zdążyła przygotować dla Kaelith.

Kaelith warknęła i spojrzała wściekle na przyjaciółkę. — Dobra. Spotkałam swojego przeznaczonego — powiedziała, sięgając po szklankę.

Junia gwałtownie wciągnęła powietrze i odsunęła alkohol poza jej zasięg, rozlewając trochę na podłogę. — CO?! — wrzasnęła. Kaelith zajęczała i oparła łokcie na barze, chowając twarz w dłoniach. — Jenzia, zastąp mnie! — krzyknęła Junia, po czym chwyciła ręce Kaelith. — Dlaczego mi nie powiedziałaś?

Kaelith westchnęła i wyprostowała się, uśmiechając się do tequili, którą Junia w końcu jej oddała. Wzięła solidny łyk. — Miał przyjść i porozmawiać.

— Dzisiaj rano?

— Dwie noce temu.

— Auć.

— No właśnie.

— Kiedy go spotkałaś? Gdzie? Jak? Zrobiliście to?

Kaelith zachichotała wbrew sobie. Nie powiedziała Junii, bo ta miała wolne w dniu, w którym miało dojść do spotkania, a potem… cóż, było jej po prostu wstyd. — Zobaczyłam go najpierw na targu. Był z grupą kolesi w garniturach, całych w tatuażach.

Junia gwałtownie się wyprostowała. — Tatuaże? Czy oni byli… — zniżyła głos. — Czy to byli likanie?

Kaelith przytaknęła, niepokojąc się miną przyjaciółki. — Było ich czterech. Jeden wielki, z tatuażami na szyi, dłoniach i tak dalej. Inny miał tatuaże wystające spod kołnierzyka, i jeszcze jeden dupek z tatuażem prosto na twarzy…

— Silas — Junia pokiwała głową. Jej twarz pobladła. — Kaelith, ten z tatuażem na twarzy to nie był twój…

— Nie, nie, dzięki Bogini.

Junia wypuściła z ulgą powietrze. — To dobrze. To syn Alfy. Prawdziwy kawał drania. Wpada tu od czasu do czasu. Słyszałam, że odrzucił swoją prawdziwą przeznaczoną i teraz przystawia się do wszystkiego, co ma puls, i upija się w sztok. Wywalają go stąd częściej niż kogoś innego. — Wzdrygnęła się. — A twój przeznaczony miał dużo tatuaży? — zapytała z lękiem.

Kaelith zastanowiła się chwilę. — Nie widziałam żadnych.

Junia uśmiechnęła się. — Dobrze, dobrze.

— Dlaczego?

Wzruszyła ramionami. — To brzmi jak Likanie z Blackwood. Wiesz, że w całym kraju zostały już tylko cztery watahy likanów. Wysoko postawieni w Blackwood — alfa, beta, wojownicy — są cali w tatuażach za każdą osobę, którą zabili. Im więcej tatuaży, tym większy morderca. Wiesz, że mój Midnight Eclipse jest likanem, a nie ma tatuaży. Wygląda na to, że ci się upiekło. Może twój facet to tylko kierowca albo ktoś taki.

Kaelith pomyślała o tym, jak Graeven potraktował tego Silasa i jak nie dał się zastraszyć. Silas wspomniał, że Graeven jest podwładnym, ale ona miała wrażenie, że to raczej kwestia hierarchii niż siły. Jej przeznaczony wyglądał, jakby mógł przełamać tego chłystka jak zapałkę. A jednak nie miał żadnych tatuaży… przynajmniej takich, które mogłaby dostrzec.

Wiedziała o watasze Blackwood, a przynajmniej o ich istnieniu. To dlatego osiedliła się w Silverlake. To było jedyne miejsce, w które *on* nie przyjdzie jej szukać. Kaelith z nawyku zerknęła przez ramię. Ktoś pstryknął palcami przed jej twarzą, sprawiając, że drgnęła.

— Halo? — zaśmiała się Junia. — Witamy z powrotem na Ziemi.

— Przepraszam.

— Więc tak — zaczęła Junia, wycierając szklankę ściereczką. — Mieliście się spotkać dwie noce temu i nie przyszedł? — Kaelith westchnęła i pokręciła głową. — Słabo. Masz — Junia podała jej limonkę do tequili. — Muszę wracać do roboty.

— Ja mogę dotrzymać jej towarzystwa! — zawołał Torin, przysiadając się do niej przy barze.

— Jak chcesz, nieudaczniku — zażartowała Junia, odchodząc.

Torin zajął krzesło obok niej. — Kocha się we mnie. Po prostu boi się tego uczucia.

Kaelith parsknęła śmiechem. — Wszyscy się w tobie kochamy, Torinie.

Torin mrugnął do niej, a Kaelith pozwoliła sobie go zlustrować. Był niższy od jej przeznaczonego, miał może ze sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, ale był cholernie przystojny — miał ciemną skórę i kręcone brązowe włosy sięgające za uszy. Jego miodowo-złote oczy odcinały się od karnacji i wiecznie mrużyły w uśmiechu. Spał z niemal każdą pracownicą w tym miejscu, a pewnie i w całym mieście. Przygryzła wargę, gdy posłał jej pytające spojrzenie.

— Wszystko okej, Kalie? Gdzie twój potężny likan? — zapytał, sącząc piwo.

Kaelith warknęła. — Dlaczego nikt nie pilnuje własnego nosa?

— Ej, sorki!

— Czekaj. — Kaelith chwyciła go za przedramię. Zamarł z piwem w połowie drogi do ust. — Skąd *ty* o nim wiesz?

— Ach. — Jego twarz przybrała uroczy odcień czerwieni. — Cóż, w pewnym sensie powiedział mi, żebym nigdy więcej cię nie dotykał, bo mnie zabije. — Torin wzruszył ramionami, a jej szczęka opadła.

— Co za dupek!

— Nie tak bym go określił, ale no, fakt. — Torin się zaśmiał.

— Pewnie wyczuł, że uważam cię za ciacho — szepnęła. Obok niej Torin zakrztusił się piwem. Kaelith wpatrywała się w swoją tequilę. Wypiła tylko połowę szklanki, ale alkohol już uderzał jej do głowy. Poczuła mętlik w myślach i wrażenie, że jeśli nie będzie uważać, spadnie ze stołka.

— Ile ty wypiłaś? — zapytał, zabierając jej szklankę, zanim zdążyła odpowiedzieć. Wypił resztę duszkiem i odstawił naczynie na bar z grymasem. — Obrzydliwe.

Kaelith próbowała posłać mu wściekłe spojrzenie, ale musiała chwycić się baru, żeby się nie zachwiać. Położyła rękę na głowie. Gdzieś w oddali słyszała głos Torina pytający, czy wszystko w porządku. Próbowała odpowiedzieć, uspokoić go, ale głos uwiązł jej w gardle. Torin zawołał Junię. A potem obraz przed jej oczami zgasł.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 6: Rozdział szósty - Los mieszańca | StoriesNook