languageJęzyk

Rozdział ósmy

Autor: Magda Sobol18 maj 2026

Kaelith otworzyła oczy. Zamrugała kilka razy, próbując odnaleźć się w otoczeniu. Zerknęła w prawo i zobaczyła okno swojej sypialni. Zastanowiła się, dlaczego nie otworzyła go, żeby wpuścić powietrze, jak to zawsze robiła przed snem. Spojrzała na podłogę i zauważyła stosy pudeł z etykietami: zdjęcia, łazienka, książki, kurtki zimowe. Usłyszała dźwięk otwieranej szuflady i odwróciła się w lewo. Zaparło jej dech w piersiach.

Jej przeznaczony stał przed komodą plecami do niej. Nagle wszystko do niej wróciło. Upiła się, naprawdę *bardzo* mocno zeszłej nocy i zemdlała w ramionach Torina. Kiedy się ocknęła, Graeven tam był, trzymał ją i wyglądał, jakby właśnie wyrwał ją ze szponów śmierci. Jak się tu znalazła? Co on wyprawiał? Miał na sobie inne ubrania, niż zapamiętała. Był w bluzie z jednym rękawem podciągniętym do łokcia, dżinsach i skarpetkach, bez butów. Wyglądał tak swobodnie, domowo. Bogini, nawet od tyłu był wspaniały. Jej wzrok zatrzymał się na jego tyłku w tych dżinsach.

— Nieładnie tak się gapić — powiedział Graeven niskim głosem. W końcu zauważyła, co robił. Wyciągał ubrania z jej komody, składał je i wkładał do kartonowego pudła.

— Skąd wiedziałeś, że nie śpię?

— Słucham twojego oddechu już od dłuższego czasu. Jakieś dwie minuty temu ci się zawiesił — wyjaśnił, nie przerywając zajęcia ani nie odwracając się w jej stronę.

— Co ty robisz? — zapytała, unosząc się na łokciach.

— Pakuję twoje rzeczy.

— To widzę. Ale dlaczego?

— Żebyś po przebudzeniu była gotowa do szybszego wyjazdu. Zabieram cię do mojego domu w Blackwood.

— Kto tak powiedział?

Ręce Graevena zamarły na bluzce, którą właśnie składał. Odłożył ją do pudełka i w końcu odwrócił się do niej. Przełknęła ślinę, gdy skrzyżował ramiona na piersi i rzucił jej wyzywające spojrzenie. W mroku pokoju ostre rysy jego twarzy rzucały cienie, sprawiając, że trudno było wyczytać jego emocje. Serce jej załomotało na widok tego potężnego mężczyzny w jej małej sypialni, co nadawało sytuacji niezwykłą intymność. Spojrzała w dół, wdzięczna, że wciąż jest w pełni ubrana w to, co miała na sobie wczoraj w pracy.

— Tak powiedział twój przeznaczony — odparł.

Kaelith prychnęła. — Więc teraz nagle postanowiłeś nim być? Gdzie byłeś przez ostatnie dwa dni, co? Co się stało z twoją obietnicą, że przyjdziesz porozmawiać?

Potarł podbródek w zamyśleniu. — Interesy mnie zatrzymały.

— Interesy?

Skinął tylko głową.

— Cóż, przykro mi to mówić, proszę pana, ale ja mam pracę, mieszkanie i przyjaciół, którzy…

— Powiedziałem już Paxtonowi, że rzucasz robotę.

— Co? — Kaelith zerwała się z łóżka. — Jakim prawem to zrobiłeś?

— Powtarzam, jestem twoim…

— Przeznaczonym, jasne. — Kaelith wywróciła oczami i uszczypnęła się w nasadę nosa. — Słuchaj, niewiele wiem o likanach, ale lubię pracować. Zajęło mi dużo czasu znalezienie kogoś, kto zatrudni mnie mimo statusu odszczepieńca. Jeśli myślisz, że możesz tu tak po prostu wejść, zgarnąć mnie do swojej watahy i zrobić ze mnie jakąś bosą kobyłę rozpłodową, to…

Graeven zrobił dwa długie kroki w jej stronę, odbierając jej dech swoją bliskością. Próbowała się cofnąć, ale jej kolana uderzyły w krawędź łóżka. Opadła na nie z piskiem i lekko podskoczyła na miękkim materacu. Graeven uśmiechnął się lekko, wsuwając jedno kolano między jej nogi.

Pochylił się nad nią, opierając dłonie po obu stronach jej głowy. Jego wzrok przesunął się na gwałtownie falującą klatkę piersiową, a potem niżej, tam, gdzie łączyły się jej nogi, co sprawiło, że zacisnęła uda na jego kolanie. Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się szeroko. Gdyby nie była tak podniecona, pewnie posłałaby mu mordercze spojrzenie. Jego nos musnął zagłębienie między jej piersiami. Zachichotał.

— My, likanie, nie jesteśmy aż tak średniowieczni, Kaelith — szepnął. Przełknęła ślinę na dźwięk jego chrapliwego głosu. — Zarabiam więcej niż potrzeba, żeby nam było wygodnie, ale domyśliłem się, że będziesz chciała pracować. Zapewniam cię, że w mieście jest mnóstwo ofert. Chociaż… — Przesunął palcami wzdłuż jej ramienia, wywołując u niej dreszcz. Przysunął usta do jej ucha. — Jeśli wolisz spędzać dnie pode mną w tej pozycji, z pewnością da się to załatwić. — Przygryzł jej płatek ucha, a ona gwałtownie wciągnęła powietrze, po czym odepchnęła go od siebie. Odsunął się ze śmiechem.

— To nie było śmieszne.

Wzruszył ramionami. — A według mnie było. — Graeven odwrócił się, by kontynuować pakowanie. — Idź pod prysznic. Nie ma mowy, żebym pozwolił ci tu zostać po tym, co stało się ostatniej nocy. Powinienem skończyć pakowanie za kilka godzin i wtedy wyjeżdżamy. Mam tylko parę dni wolnego, żeby ulokować cię w moim domu.

Kaelith wstała. — Co się stało ostatniej nocy? Wolno mi się upić, Graeven.

Graeven odwrócił się i przechylił głowę. — Tak… ale to nie twoje pijaństwo mnie zmartwiło. Tylko to, że zostałaś otruta tojadem.

Kaelith zmrużyła oczy. — Tojadem? O czym ty mówisz?

Graeven przesunął dłonią po twarzy. Podszedł do niej, jakby nie mógł wytrzymać dalej niż stopę od niej przez więcej niż parę minut. Przesunął kciukiem po jej policzku. — Zostałaś otruta, kochanie. Nie wiemy przez kogo ani w jakim celu. Dojdziemy do tego, ale na razie musisz jechać ze mną, gdzie będę mógł cię chronić.

Kaelith była zaskoczona czystą szczerością malującą się na jego twarzy. Nagle coś przyszło jej do głowy. — A co z Torinem? Wszystko z nim w porządku?

Warknął cicho na wspomnienie o jej koledze. — Nic mu nie jest. To nie był alkohol. — Odwrócił się i zaczął wkładać ubrania do pudełka z mniejszą starannością niż wcześniej. — Bierz prysznic. Musimy dzisiaj wyjechać. I tak zmarnowaliśmy dwa dni.

Kaelith wywróciła oczami i złapała ubrania, które dla niej zostawił. — Czekaj… dwa dni? Byłam nieprzytomna przez dwa dni?

Obserwował ją od strony komody, gdy zatrzymała się w progu łazienki. — Tak.

— I ty tu byłeś?

— Tak.

— Z Junią?

Uśmiechnął się, widząc jej tok myślenia. — Przeszkadza ci to?

Zjeżyła się, a nagłe ukłucie zazdrości zaskoczyło ją samą. — Oczywiście, że nie. To moja najlepsza przyjaciółka.

— Mhmm — mruknął, wracając do pracy.

Kaelith weszła do łazienki, zostawiając lekko uchylone drzwi. Zaczęła się rozbierać, gdy usłyszała otwarcie drzwi do sypialni.

— Hej, mięśniaku — powiedziała Junia głosem nieco zbyt radosnym jak na gust Kaelith. — Zrobiłam śniadanie. Tym razem bez grzybów.

Kaelith kipiała ze złości. Wyjrzała przez szparę w drzwiach łazienki i zobaczyła, jak Junia bez oporów taksuje wzrokiem jej przeznaczonego. *Jak ona śmie?* Kaelith nienawidziła nie tylko tego, jak wzrok przyjaciółki zatrzymywał się na tyłku Graevena, ale i faktu, że Junia miała dwa pełne dni sam na sam z jej przeznaczonym. Wiedziała już o nim więcej niż sama Kaelith. Co jeszcze wiedziała poza jego preferencjami kulinarnymi? Czy siedzieli do późna, plotkując i wymieniając się historiami? Czy on też jej się przyglądał?

— Może wyjdziesz do mnie i dotrzymasz mi towarzystwa? — prosiła Junia.

Kaelith ciaśniej owinęła ręcznik wokół dekoltu i gwałtownie otworzyła drzwi łazienki. Junia stała zdecydowanie za blisko, ale odsunęła się, gdy tylko zauważyła Kaelith. Ta posłała wściekłe spojrzenie Graevenowi, który opierał się leniwie o komodę, patrząc na nią z porozumiewawczym uśmiechem. Jego wzrok spoczął na jej dekolcie. Jeszcze mocniej zmrużyła oczy.

— Mały Lisie! Tak się cieszę, że się obudziłaś! Tak się o ciebie martwiłam! — zawołała Junia, podbiegając, by uściskać Kaelith. Ta wyjrzała przez ramię przyjaciółki i zobaczyła, że jej przeznaczony wycofuje się z pokoju.

— Pozwolę wam nadrobić zaległości — powiedział Graeven, mrugając do niej.

Gdy tylko wyszedł z pokoju, Kaelith cofnęła się o krok. — Co to, do diabła, było? — zapytała.

— Co? — odparła Junia z łobuzerskim uśmiechem.

— On jest mój — syknęła.

Junia wybuchnęła szczerym śmiechem. — Mała, nie martw się. Po prostu podziwiałam ten tyłek. Widziałaś go? Masz takie szczęście. — Junia klapnęła na łóżko.

— A poza tym gwałceniem go wzrokiem, co jeszcze się między wami działo? — Kaelith niecierpliwie tupała nogą.

Junia wsparła się na łokciach. — Lubię cię taką zazdrosną. Jestem pewna, że on też — powiedziała ze śmiechem. Kaelith zrobiła groźny krok do przodu, na co Junia uniosła dłonie. — Wyluzuj, laska. Ten chłopak nawet na krok nie wyszedł z twojego pokoju, odkąd cię tu przyniósł. Nawet jeść nie chciał, bo ty nie mogłaś. Jedyne słowa, jakie do mnie skierował, to „zabieram ją do domu” i „alergia”, a i to tylko dlatego, że ciągle go męczyłam, dlaczego nie chce tknąć mojej zupy grzybowej. Poczułam się urażona, suczko. *Wszyscy* kochają moją zupę grzybową.

Kaelith westchnęła, w końcu się odprężając. — Przepraszam.

— E tam, nie przepraszaj. Rozumiem twoją irytację… pamiętasz mojego Midnight Eclipse? — zapytała Junia.

Kaelith skinęła głową. — Ten przystojny likan, który wpada w soboty i nad którym ślinisz się w każdą niedzielę? — zapytała, nie będąc pewną, do czego zmierza przyjaciółka.

— No tak… — Junia zerknęła na drzwi, przez które wyszedł Graeven.

Kaelith gwałtownie wciągnęła powietrze. — Ty zdziro!

Junia uniosła ręce i zaśmiała się. — Przecież nie wiedziałam! Jezu! Jest cały twój, mała.

— No ba. Trzymaj się z daleka! — ostrzegła Kaelith, wygrażając palcem przyjaciółce, choć wiedziała, że ta nigdy by jej nie skrzywdziła.

— No doobraa — odparła Junia, mrugając. Rozejrzała się po pokoju. — Naprawdę cię zabiera, co?

— Na to wygląda — odparła Kaelith, siadając obok przyjaciółki.

— Myślę, że tak będzie najlepiej. On zapewni ci bezpieczeństwo. Jestem tego pewna. — Junia ujęła dłoń Kaelith i splotła ich palce.

— Może pojedziesz ze mną — szepnęła Kaelith.

Junia zachichotała. — I miałabym słuchać, jak się pieprzycie bez przerwy przez najbliższy rok? Nie, dzięki, tutaj mi dobrze.

— Obiecaj, że przynajmniej będziesz mnie odwiedzać.

— Obiecuję. Będzie tu dziwnie bez ciebie.

— Tak, a mi będzie dziwnie dowiadywać się więcej o mojej likańskiej naturze.

— O tak, dzięki, że mi o tym w ogóle powiedziałaś, swoją drogą — rzuciła Junia złośliwie. Siedziały w milczeniu przez kilka minut. Junia westchnęła. — Myślę, że powinnaś mu powiedzieć.

Kaelith spięła się. — Wie, że jestem likanką, Juni.

— Nie o tym… O człowieku, przed którym uciekasz.

— Nie uciekam…

Junia ścisnęła jej dłoń. — Nie zaczynaj mnie teraz okłamywać. W porządku. Nie oczekuję, że mi powiesz. Ale Graeven to twój przeznaczony. On może cię ochronić.

— Nie mogę.

Junia odwróciła głowę, by na nią spojrzeć. — Dlaczego nie?

Kaelith przełknęła ślinę. — Zostawiłby mnie, gdyby się dowiedział.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 8: Rozdział ósmy - Los mieszańca | StoriesNook