Graeven wyszedł z baru, rzucając wściekłe spojrzenie dwóm mężczyznom kłócącym się przy wejściu. Nos mniejszego z nich drgnął, a on sam skierował wzrok w stronę Graevena. Ten warknął pod nosem. *Taa, ja też wyczułem twój zapach na niej, palancie.* Furia wzięła nad nim górę; chwycił szczeniaka za kołnierz i cisnął nim o ceglaną ścianę. Ledwo zarejestrował, że ten większy szarpie go za ramię.
— Dotknij jej jeszcze raz, a cię wykończę — ostrzegł Graeven, sprawiając, że butne spojrzenie młodzieńca zmieniło się w dezorientację, a potem w przerażenie. Chłopak przełknął ślinę i przytaknął. *Mądry mały Likaon.* Graeven puścił go i odwrócił się w stronę rzędu SUV-ów czekających na niego.
— Mówiłem ci, że ten odszczepieniec to same kłopoty — odezwał się za jego plecami większy mężczyzna.
Graeven wzdrygnął się na tę obelgę, zastanawiając się, jak często ludzie używali tego określenia w stosunku do jego małej, niewinnej przeznaczonej. Szarpnął za ciasny kołnierzyk koszuli, aż dwa górne guziki odprysły. Malachi trzymał otwarte tylne drzwi drugiego SUV-a; Graeven dostrzegł Silasa rozwalonego na tylnym siedzeniu z drwiącym uśmiechem na twarzy. Graeven wślizgnął się do środka, obrócił i z całej siły uderzył pięścią w ten pewny siebie pysk Silasa. Silas poleciał do tyłu, a jego głowa uderzyła o szybę, która pękła pod wpływem impetu. Jęknął z bólu i zakrył dłońmi złamany, krwawiący nos.
— Nie jesteś taki twardy bez publiczności, co? — syknął Graeven, szykując się do kolejnego ciosu.
Silas wrzasnął i wtulił się w siedzenie, wystawiając jedną rękę przed siebie, by go powstrzymać. Graeven zaśmiał się bez rozbawienia i oparł o oparcie. Zdarł z siebie marynarkę i rzucił ją na tył. Na przednim siedzeniu Valen oderwał wzrok od telefonu i spojrzał w lusterko wsteczne.
— Jakiś problem? — zapytał, po czym znów zerknął na ekran.
— Ktoś potrzebował lekcji dobrych manier, to wszystko — mruknął Graeven, patrząc przez okno, gdy samochody ruszały spod baru, oddalając go od jego przeznaczonej.
Valen mruknął pod nosem. — Gdzie byłeś?
— Spotkałem się z kimś.
— Z kim?
— Z jakąś tanią, odszczepieńczą zdzirą — wycharczał Silas.
Graeven znów się obrócił, ale tym razem wpakował pięść w żołądek Silasa. Ten skulił się i zakrztusił, gdy uderzenie pozbawiło go tchu.
Valen westchnął. — Silas, jeśli nie potrafisz trzymać gęby na kłódkę, przesiądź się do innego auta — powiedział Valen, masując skronie.
— Z miłą chęcią — wybełkotał Silas. Samochód zatrzymał się, a on wyskoczył przy pierwszej okazji. Rzucił Graevenowi wściekłe spojrzenie, na co ten odpowiedział głębokim warknięciem.
Chwilę później auto znów ruszyło, a w kabinie zapadła cisza.
— Wyjaśnisz mi, co w ciebie dzisiaj wstąpiło? — zapytał Valen, wciąż nie odrywając wzroku od telefonu.
Graeven westchnął i szarpnął za mankiety koszuli. Nienawidził nosić garniturów. Spojrzał w lusterko wsteczne. — Nic.
Malachi parsknął śmiechem i pokręcił głową. — Wyłamałeś się z szyku, zniknąłeś na dwadzieścia minut i naprawdę myślisz, że nie zauważyliśmy, jak potraktowałeś tego szczeniaka?
— Mamy dobre relacje z Paxtonem. Lepiej nie mącić wody, bijąc jego ochronę — mruknął Valen.
— Dotknął czegoś, czego nie powinien. Musiałem go ustawić do pionu — wyjaśnił Graeven.
Malachi roześmiał się. — Co, ogłosiłeś się ojcem chrzestnym Silverlake?
— O czym ty, do diabła, mówisz? — zapytał Graeven.
— Poturbowałeś ochroniarza, a potem uderzyłeś mojego syna — zauważył Valen. — Gadaj.
Graeven wziął głęboki wdech. — Spotkałem swoją przeznaczoną.
Malachi i Valen spojrzeli po sobie z jednakowym szokiem malującym się na twarzach, zanim zdołali opanować emocje.
— W Silverlake? — zapytał Malachi. — Hm, kto by pomyślał, że twoją partnerką będzie wilczyca?
— Jest odszczepieńcem? — zapytał Valen, wyłapując to, o czym wspomniał Silas.
Graeven wpatrywał się w okno, wspominając moment, gdy przechodził obok drzwi kuchennych i usłyszał, jak śpiewa pod nosem. Poruszała się po kuchni tak naturalnie, jakby była stworzona do tego miejsca. Tak bardzo ucieszył się na wieść, że jest kucharką — profesjonalistką, która przeczesuje targi rolne w poszukiwaniu tego, co najlepsze. Miał nadzieję, że jej cytrusowo-kremowy zapach zostanie na jego marynarce, a potem skrzywił się na myśl o tym, jak niedbale rzucił ją na tylne siedzenie.
— Nie do końca — odpowiedział w końcu Graeven.
— Nie jest odszczepieńcem? — dopytywał Valen.
— Nie jest wilkiem. To pół-likanka — sprecyzował Graeven. Zapadła cisza. — Podobno została porzucona jako niemowlę. Nic nie wie o swojej przeszłości. Ale czuć od niej krew alfy.
— Zdrada więzi przeznaczenia — domyślił się Malachi.
— Prawdopodobnie.
— A co z jej statusem odszczepieńca? — zapytał Valen niczym zdarta płyta, w końcu odkładając telefon na rzecz rozmowy.
— Nie chciała powiedzieć.
Malachi i Valen roześmiali się. — Nie zdołałeś jej namówić do zwierzeń? — zażartował Malachi.
Graeven uśmiechnął się wbrew sobie, przypominając sobie dotyk jej ciała dociśniętego do jego erekcji. Poruszył się na siedzeniu, gdy to wspomnienie sprawiło, że jego członek znów stwardniał. — Były ważniejsze aspekty więzi, którymi trzeba było się zająć.
Mężczyźni z przodu znów wybuchnęli śmiechem. — Będę musiał ją poznać, zanim przyjmiemy ją do watahy.
— Znam zasady — odparł Graeven z frustracją.
— Dobrze. Biorąc pod uwagę obecną sytuację, sugeruję, byś dowiedział się, dlaczego została odszczepieńcem. Nie zaszkodziłoby też sprawdzić jej pochodzenia. Lepiej dmuchać na zimne.
— Jasne. Będę potrzebował tygodnia wolnego, żeby zebrać informacje i ulokować ją u siebie — powiedział Graeven.
Valen spojrzał na niego w lusterku, podczas gdy Malachi zachichotał. Graeven wiedział, że to mało prawdopodobne. Valen nie słynął z dawania podwładnym wolnego, zwłaszcza tym z jego najbliższego kręgu. Oni mieli wolne wtedy, kiedy on — co oznaczało, że prawie nigdy.
— Zgoda — przystał Valen, wracając do telefonu i pisząc na nim z większą furią niż wcześniej. Malachi wypluł napój, który właśnie pił. Graeven uśmiechnął się triumfalnie. — Odkąd ze mną pracujesz, nigdy nie brałeś wolnego. Chyba ci się należy. Ale nie cały tydzień. Cztery dni… licząc od pojutrza. Najpierw mamy interesy do załatwienia.
Graeven warknął z frustracji. Nie minął nawet dzień od odnalezienia przeznaczonej, a on już łamał obietnicę. Wpatrywał się w okno, zastanawiając się, dlaczego nie pomyślał o wzięciu jej numeru telefonu przed wyjazdem.
— Hej, szefie? A skoro mowa o wolnym… — zaczął przymilnie Malachi.
— Nie.
— Cholera.






