Graeven oparł obie dłonie o ścianę prysznica i pozwolił, by woda spływała po jego pochylonej głowie. Patrzył, jak strużki zmieniają kolor z brązowego na czerwony, gdy krew zmywała się z jego włosów i skóry. Cieszył się, że postanowił wpaść do hotelu i doprowadzić się do porządku, zanim odbierze swoją przeznaczoną. Uśmiechnął się do siebie na myśl o niej — zdarzało mu się to ostatnio nader często.
Tropienie odszczepieńców zajęło znacznie więcej czasu, niż ktokolwiek przypuszczał. Byli sprytniejsi, niż przewidywano, maskując swój zapach różnymi rodzajami błota i wonią innych zwierząt. Jednak Graeven nie został głównym wojownikiem watahy przez bycie kiepskim tropicielem. W końcu znaleźli całą czwórkę ukrytą w jaskini wczoraj rano. A potem zaczęły się tortury.
Graeven musiał przyznać tym kundlom, że byli lojalni do bólu. Zabił dwóch z nich, zanim zorientował się, ile czasu minęło. Valen nie był zachwycony, że wykończył połowę zakładników, co oznaczało, że nie trzeba było go długo przekonywać, by pozwolił Graevenowi wrócić do przeznaczonej. Valen zabrał pozostałą dwójkę na tereny watahy i pozwolił Thane’owi się nimi zająć… biedne dranie. Thane ich nie zabije.
Gdy woda w końcu stała się czysta, Graeven wyskoczył spod prysznica i ubrał się tak szybko, jak tylko mógł. Wiedział, że Kaelith będzie na niego wściekła. Do diabła, sam był na siebie wściekły. Miał tylko nadzieję, że więź pomoże ukoić jej wzburzone emocje. Będzie musiała zrozumieć jego rolę w watasze i to, że czasem może znikać na kilka dni. Nienawidził tylko faktu, że musiało się to stać tak wcześnie.
Podjechał pod bar, w którym pracowała, i zaparkował swojego czarnego Mustanga przy krawężniku po drugiej stronie ulicy. Przeciągnął dłonią po klatce piersiowej, próbując opanować nagły przypływ nerwów. Wziął głęboki wdech i przeszedł przez jezdnię. Kilku pijanych mężczyzn wytoczyło się na zewnątrz; odsunął się w ostatniej chwili, by uniknąć zwymiotowania na buty przez jednego z nich. Usłyszał pospieszne przeprosiny, zanim tamci się oddalili. Graeven wszedł do baru i natychmiast zaczął szukać jej wzrokiem. Znalezienie jej zajęło mu sekundę. Jeszcze krócej zajęło furii wypełnienie jego piersi.
— Mały gnojek — syknął pod nosem.
Graeven patrzył, jak ochroniarz, którego zaledwie dwa dni temu ostrzegał, by trzymał się z daleka od jego przeznaczonej, niesie ją na rękach. Jej głowa spoczywała na jego piersi, a on podtrzymywał ją pod kolanami i plecami. Strażnik rozmawiał gorączkowo z kobietą za barem, która prowadziła go na zaplecze restauracji. Graeven ruszył za nimi. Zignorował inne kobiety za barem mówiące mu, że nie może tam wchodzić. Gdy przeszedł przez drzwi, usłyszał głosy pełne narastającego niepokoju.
— Ile ty jej dałaś, Junia? Przecież ona, kurwa, zemdlała! — krzyknął mężczyzna.
— Dałam jej jedną szklankę! Wypiła może dwa łyki! — wrzasnęła kobieta.
— Kae? Mały Lisie? Obudź się — gruchał mężczyzna, co wywołało u Graevena warknięcie.
Stał teraz w przejściu do kuchni, patrząc, jak ta dwójka zamiera nad jego przeznaczoną leżącą na ziemi. Mężczyzna i kobieta odwrócili się w jego stronę. Twarz faceta pobladła, gdy zorientował się, kto warknął, podczas gdy oczy kobiety bezczelnie przesunęły się po sylwetce Graevena. Musiał przyznać, że była ładna — jasne blond włosy i jeszcze jaśniejsze szare oczy. Miała całkiem niezłą figurę i skąpe ubranie, które ją podkreślało. Wydawało mu się, że kojarzy ją z sobotnich wieczorów, kiedy przychodził tu na kolację. Była w porządku. Ale nawet nie umywała się do kobiety, która była jego przeznaczoną.
— Co tu się, do jasnej cholery, dzieje? — zapytał Graeven, stając krok do przodu.
Mężczyzna zaczął powoli się wycofywać z uniesionymi rękami. — Słuchaj, stary. To nie tak, jak myślisz. Siedzieliśmy przy barze i…
Graeven złapał go za gardło i pchnął na ścianę. Oczy mężczyzny na moment wywróciły się białkami, gdy dopływ powietrza został odcięty. — Co mówiłem o dotykaniu jej? Co?
Mężczyzna drapał dłoń Graevena, próbując go zmusić do puszczenia uścisku. Potrząsał gorączkowo głową. Graeven słyszał za sobą jakieś krzyki kobiety, ale był skupiony tylko na jednym. Widział tunelowo, a jego skóra swędziała od potrzeby przemiany. Wtedy poczuł zimny metal lufy pistoletu przyciśnięty do skroni.
— Puść go, albo wpakuję ci w czerep sześć srebrnych kul — ostrzegł drugi mężczyzna.
Kły Graevena wysunęły się. Jego skóra zaczęła mrowić, a świat wokół zwolnił. Zanim którykolwiek z nich zdążył mrugnąć, Graeven uderzył głową pierwszego mężczyzny o ścianę, odwrócił się, wyrwał pistolet z rąk drugiego i pchnął go tak mocno, że tamten przeleciał trzy metry i uderzył w piec. Graeven podszedł do niego, wiedząc, że pierwszy będzie nieprzytomny przez kilka minut. Nie odrywając wzroku od celu, rozmontował pistolet i wyładował magazynek, kula po kuli. Uśmiechnął się kpiąco.
— Srebrne kule, co? — zapytał Graeven, patrząc na ołowiane pociski rozsypane na kuchennej podłodze.
Drugi mężczyzna usiadł, opierając się o piec. Odwzajemnił uśmiech i wierzchem dłoni wytarł krew z ust. — Ale sprawiły, że puściłeś mojego brata, nie?
Graeven nie mógł powstrzymać lekkiego uśmieszku uznania. Byłby z niego świetny wojownik.
— Hej! Brutale!! — krzyknęła kobieta stojąca przy jego nieprzytomnej przeznaczonej. Trzymała ręce na biodrach i wyglądała jak nauczycielka zmęczona rozdzielaniem bójki na placu zabaw. — O czymś nie zapomnieliście?
Drugi mężczyzna wstał i rozprostował plecy. — Co się stało, Junia?
Graeven podszedł do przeznaczonej. Opadł na kolana i wziął ją w ramiona. Westchnęła pod jego dotykiem, ale jej ciało pozostało bezwładne, a oczy zamknięte. Odgarnął jej włosy z twarzy i ujął jej policzek w dłoń.
— Nie wiem. Była wściekła i jadła przy barze. Dałam jej drinka, którego przysięgam, że wypiła tylko połowę. Wróciłam do roboty i nagle Torin wrzeszczy, że spadła ze stołka — wyjaśniła Junia, nachylając się nad Kaelith i Graevenem.
— Dlaczego była wściekła? — zapytał drugi mężczyzna. — Może ktoś do niej startował i coś jej dosypał…
— Nie, to nie to — odparła Junia złością w głosie. Tupnęła nogą i skrzyżowała ramiona. — Jej pożal-się-Boże przeznaczony ją wystawił.
Graeven zerknął na kobietę. — Zatrzymały mnie interesy.
— Interesy? — zapytał drugi mężczyzna, śmiejąc się. — Stary, jeśli masz tak charakterną przeznaczoną jak ta tutaj, to wymyśl lepszą wymówkę.
Graeven miał przeczucie, że prawda byłaby jeszcze gorsza. Jak miał powiedzieć swojej odszczepieńczej przeznaczonej, że spędził dwa dni na ściganiu i torturowaniu jej pobratymców? Spojrzał znów na Kaelith, chłonąc jej widok. Była tak piękna, jak zapamiętał. Ciemnoblond, niemal brązowe włosy opadały falami na ramiona. Lekko opalona skóra z piegami na twarzy, szyi i klatce piersiowej. Zastanawiał się, czy pokrywają całe jej ciało. Czy wciąż nosiła tę cholerną soczewkę, która zakrywała jej rzadki dar? Ostrożnie uniósł jej lewą powiekę i warknął.
To nie widok brązowej soczewki go rozjuszył, ale czarne linie rozchodzące się od źrenic na zewnątrz. Usłyszał nad głową sapnięcie Junii i przekleństwo drugiego mężczyzny. Pochylił się bardziej i dotknął swoimi ustami jej warg. Przesunął językiem po ich linii i gwałtownie się odsunął.
— Tojad — warknął Graeven. — Została otruta.
— Otruta?! — krzyknął młodszy mężczyzna, Torin, z miejsca pod ścianą. Najwyraźniej odzyskał przytomność w ciągu ostatnich paru minut. — Titus, czy on właśnie powiedział: tojad?
— Tak — odpowiedział drugi, Titus, nie spuszczając wzroku z bezwładnego ciała w ramionach Graevena.
— Przecież ja wypiłem większość jej tequili! Czy to znaczy, że ja też…
— Wyluzuj, głąbie, wyglądałbyś tak samo jak ona, gdybyś też został otruty — uciął Titus.
— Niech ktoś skoczy do mojego samochodu. W bagażniku jest czarna torba. Przynieście mi ją — rozkazał Graeven.
— Ja pójdę! — zawołał Torin. Graeven bez dłuższego zastanowienia rzucił chłopakowi kluczyki.
— Więc… ty jesteś przeznaczonym Małego Lisa, co? — zapytała kobieta, wspierając dłoń na biodrze i lustrując go wzrokiem. Jej oczy spoczęły na tatuażach na jego przedramieniu; natychmiast naciągnął rękaw, by je zakryć.
— Tak, należy do mnie — potwierdził Graeven.
— Cóż, jestem Junia, jej najlepsza przyjaciółka. Masz nam parę rzeczy do wyjaśnienia.
— Nie tobie — uciął szorstko, co wywołało u niej lekki uśmiech.
— Powinieneś tu być. Ona potrzebuje ochrony — dodała, patrząc na przyjaciółkę łagodnym wzrokiem.
— Ochrony przed czym? Wiecie, kto to zrobił? Wiecie, skąd uciekła? Z jakiej watahy pochodzi?
Junia pokręciła głową. — Nie, odmawia nam jakichkolwiek informacji. Zabrałam ją z autostrady w Idaho. Jeśli ktoś pyta, mówi, że jej życie zaczęło się w dniu, w którym przeprowadziła się do Silverlake. Ale… — Junia spojrzała na Titusa.
Titus przytaknął. — Często ogląda się za siebie. Jest płochliwa. Nie lubi, gdy dotykają jej mężczyźni. Można się domyślić, że nie ucieka przed czymś, ale przed kimś. I wie, że on ma moc, by ją odnaleźć.
Zanim Graeven zdążył zadać kolejne pytania, drzwi na korytarz huknęły i do pomieszczenia wbiegł Torin z torbą Graevena. Postawił ją obok niego. Graeven nie tracił czasu. Wolną ręką zaczął w niej grzebać. Ignorował zaciekawione spojrzenia trójki ludzi próbujących podejrzeć zawartość torby. Znalazł apteczkę, rozpiął ją i rozłożył na ciele przeznaczonej. Przebiegał palcami po strzykawkach, aż znalazł tę właściwą. Zębami zdjął nasadkę i wbił igłę w udo dziewczyny.
Kaelith drgnęła. Jej oczy gwałtownie się otworzyły, wzięła głośny, świszczący wdech. Jej dłonie zacisnęły się na jego koszulce. Poczuł, jak ucisk w jego piersi zelżał, gdy czarne żyłki w jej oczach zaczęły znikać. Ludzie wokół odetchnęli z ulgą.
— Graeven? — szepnęła Kaelith, mrużąc brwi.
— Jestem tutaj — odpowiedział.
— Jesteś tutaj — powtórzyła. Uniosła rękę i Graeven myślał, że pogłaszcze go po twarzy. Zamiast tego wymierzyła mu policzek… bardzo mocny. Jego głowa odskoczyła w bok z szoku, a w kuchni rozległo się kilka stłumionych chichotów. Spojrzał na nią ponownie; patrzyła na niego z furią. — Palant — mruknęła, po czym jej powieki znów opadły, a ciało zwiotczało. Gapił się na nią z rozchylonymi ustami, walcząc z chęcią potarcia piekącego policzka.
— Tak jak mówiłem — zaśmiał się Titus, przerywając ciszę. — Charakterna.






