Księżyc wisiał wysoko i blado na nocnym niebie, rzucając upiorny blask na posiadłość Alejandro.
Cała rezydencja spowita była w ciszy, jeśli nie liczyć sporadycznego szeptu wiatru szeleszczącego w drzewach na zewnątrz.
Korytarze posiadłości były bezgłośne, a przyćmione światła rzucały na ściany długie cienie. Alejandro przemykał przez nie jak duch, stawiając bezszelestne kroki, a wypite wcześniej w






