Tropikalny żar poranka już zaczął unosić się falującym powietrzem nad asfaltem, gdy grupa wylała się z wielkiego holu kurortu na podjazd. Ida prowadził, a jego dłoń ani na chwilę nie oddalała się zbytnio od broni u jego boku. Wzrok miał utkwiony w tyle głowy Ezry. Lekarz kroczył z niepokojącą, płynną gracją, jakby prowadzono go na bankiet, a nie na przesłuchanie o wysoką stawkę.
Odjazd
Elegancki,






