Rory
Dziedziniec wyglądał tak, jakby wreszcie przypomniał sobie, jak oddychać.
Po raz pierwszy od miesięcy śmiech niósł się po terenach Akademii, nie brzmiąc sztucznie i wymuszenie. Blizny po bitwie — zburzone mury, popękane kamienie, osmolony kraniec północnej wieży — wciąż tam były, ale światło słoneczne padało na nie teraz inaczej. Nie ukrywało zniszczeń; łagodziło je, jakby światło uznało, że






