WENUS
Braliśmy ślub w kościele.
Nie w jakiejś wielkiej katedrze z witrażami i chórami wyśpiewującymi alleluja – w małej kaplicy ukrytej na spokojnej rzymskiej uliczce. Bielone ściany. Bluszcz pełznący po kamieniu niczym szeptane sekrety. Tego rodzaju cisza, która sprawiała wrażenie, że nawet wszechświat wstrzymał oddech.
Tyran – obecnie mój mąż – załatwił już akt małżeństwa. Oczywiście, że tak.






