VENUS
Korytarz był cichy.
Zbyt cichy jak na budynek tętniący miliardowymi ego i rzeziami na salach posiedzeń zarządu. Ten rodzaj ciszy, który zapada tuż przed tym, jak sytuacja ulega zmianie.
Skręciłam za róg.
I oto był.
Aaron Sinclair.
Ubrany w grafitowy garnitur, który wyglądał, jakby został uszyty na miarę jego grzechów. Jego krawat zwisał luźno przy kołnierzyku, jakby pociągnął go w przypływie






