POV: Aeliana.
„Kimś, kto cię, kurwa, ocalił, szczeniaku”.
Głos był głębokim, rezonującym mrukiem, który nie tylko wibrował w moich uszach – on osiadł w samym szpiku moich kości. Bił z niego autorytet, podszyty chropowatością, od której cierpła mi skóra, a jednak pod spodem kryło się ciepło, które czułam niczym fizyczny dotyk. W moim śnie ciemność zaułka była absolutna, z wyjątkiem widmowego zapachu deszczu i czegoś pierwotnego.
„Jak się nazywasz?” – szepnęłam. Mój własny głos brzmiał słabo, bez tchu, zagubiony w żarze bijącym od potężnego cienia stojącego nade mną.
„Aeliana”.
Sposób, w jaki to wypowiedział – powoli, celowo, jakby smakował każdą sylabę – posłał impuls czystej, niczym niezmąconej elektryczności prosto w mój kręgosłup. Serce zaczęło walić w szaleńczym rytmie o żebra, niczym dziki ptak uwięziony w klatce.
„Słucham? To moje imię...”
„Aeliana! Aeliana, obudź się!”
Głos zmienił się gwałtownie. Głęboki, męski warkot zniknął, zastąpiony przez ostry, znajomy ton mojej najlepszej przyjaciółki. Moje oczy otworzyły się gwałtownie, a sufit sypialni ukazał się moim oczom, migocząc słabym, gasnącym blaskiem lampy brokatowej. Sloane wisiała nade mną, a jej twarz była maską intensywnej ciekawości.
Poczułam, jak na policzki niemal natychmiast wypływa mi rumieńiec. Odepchnęłam ją, siadając gwałtownie, podczas gdy resztki snu lgnęły do mnie niczym pajęczyny. Słońce przebijało się już przez szpary w zasłonach, przypominając mi, że świat nie zatrzymał się tylko dlatego, że w głowie mi się kręciło. Wyciągnęłam rękę i zgasiłam lampkę; pokój nagle wydał mi się zbyt jasny, zbyt rzeczywisty.
– O czym ty, do cholery, śniłaś? – zapytała Sloane, mrużąc oczy i uważnie mi się przyglądając.
– O niczym. Dlaczego pytasz? – próbowałam zachować stabilny głos, ale czułam ucisk w płucach.
– O niczym? Serce waliło ci tak, jakbyś właśnie przebiegła maraton przez las. I... nie wiem, stroiłaś miny.
Wzruszyłam ramionami tak niewinnie, jak tylko potrafiłam, choć skóra wciąż mnie piekła. – Nie mam pojęcia. Po prostu sen.
Chciałam się przeciągnąć, ale kłamstwo uwięzło mi w gardle. Gdy tylko uniosłam ramiona nad głowę, brutalny, biały skurcz bólu przeszył moje ramię i szyję. Syknęłam, a moja dłoń powędrowała do miejsca, w którym bestia zatopiła zęby poprzedniej nocy. Jęknęłam, zginając się wpół, gdy pulsowanie się nasiliło.
Sloane w mgnieniu oka znalazła się przy mnie, kładąc mi dłoń na plecach. – Jeszcze się nie zagoiło? – W jej głosie słychać było szczere zmartwienie. – Aeliana, minęło już tyle godzin. Powinnaś być jak nowa. Może musimy powiedzieć cioci Crimson i wujkowi Varicowi.
– Nie. To nie jest dobry pomysł – warknęłam, może trochę zbyt szybko. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, był mój ojciec ruszający na wojnę albo mama nakładająca na mnie areszt domowy. – Wszystko w porządku. Po prostu jestem zdrętwiała.
Wstałam, starając się powstrzymać grymas bólu, gdy moja prawa kostka zareagowała ostrym, znajomym ukłuciem. Poranki zawsze były najgorsze. Stary uraz, ten, który nigdy mnie nie opuścił, wydawał się dzisiaj jakby zrobiony z rdzewiejącego żelaza. Lekko utykałam, stawiając nierówne kroki w stronę łazienki.
– Skorzystam z prysznica Kaelena; on już poszedł na poranny trening – powiedziała Sloane, wyczuwając, że potrzebuję przestrzeni. Skinęłam głową, zamykając za sobą drzwi mojej małej łazienki.
To nie była luksusowa łazienka, tylko zwykła kabina prysznicowa z wanną, ale była moim azylem. Zdjęłam przez głowę za dużą koszulę Kaelena i stanęłam przed lustrem. Moja skóra, zazwyczaj w zdrowym, ciemnym odcieniu odziedziczonym po ojcu, wydawała się dzisiaj o ton bledsza. Mój wzrok powędrował niżej, na misterny tatuaż przypominający biżuteryjny żyrandol, który idealnie układał się pod moimi piersiami. Zrobiłam go dzień po osiemnastych urodzinach; to był mały akt buntu, który wciąż uwielbiałam.
Tata o mało nie oszalał, kiedy go zobaczył, marudząc, po co chcę przyciągać uwagę do klatki piersiowej. Stłumiłam uśmieszek. Pewnie padłby trupem na miejscu, gdyby zobaczył tatuaż w kształcie podwiązki wysoko na moim udzie. Ten wciąż pozostawał tajemnicą.
Ostrożnie odkleiłam prowizoryczne opatrunki, które nałożyłam w nocy. Syknęłam, gdy materiał szarpnął skórę. Spojrzałam w dół i oddech uwiązł mi w piersi. Ślady ugryzienia wciąż tam były. Zamykały się, owszem, ale w tempie ślimaka. U wilkołaka taka rana powinna zniknąć w ciągu godziny od przemiany. Tymczasem brzegi wciąż były zaognione.
Zimny ucisk niepokoju osiadł w moim brzuchu. Dlaczego goiłam się tak powoli? Czy to wina tamtego stworzenia? Czy może coś było nie tak ze mną?
Weszłam pod prysznic, pozwalając, by niemal wrząca woda uderzała w moje obolałe ramię. Stałam tam, dopóki para nie wypełniła pomieszczenia, próbując zmyć z siebie echo głosu nieznajomego i przerażające wspomnienie potwora z zaułka.
***
Godzinę później Sloane i ja w końcu zeszłyśmy na dół. Udało nam się rozładować poranne napięcie krótką, niedorzeczną bitwą na poduszki, która skończyła się piórami rozsypanymi wszędzie. Wybrałam jedwabną koszulkę w kolorze kości słoniowej, wpuszczoną w dziurawe rurki z denimu i płaskie buty w tym samym odcieniu. Na wierzch narzuciłam gruby kardigan, nie z powodu zimna, ale by ukryć plastry na ramieniu. Krwawienie ustało, ale ślady wciąż były zbyt widoczne, bym mogła czuć się komfortowo. Kochałam obcasy, ale dzisiaj moja stopa na to nie pozwalała. Utukanie było i tak wystarczająco wyraźne.
Zostawiłam rozpuszczone włosy, by zasłonić ślady na szyi, trzymając się swojej rutyny: krem tonujący i ciemny eyeliner, który podkreślał moje oczy. Trochę masła shea na usta, wiszące kolczyki i byłam gotowa najlepiej, jak się dało.
Gdy skręciłyśmy do kuchni, obie ze Sloane zamarłyśmy.
– Ja pierdolę – szepnęła Sloane, po czym natychmiast wydała z siebie głośny, krótki gwizd. – Niezłe widowisko, wujku Varic! Nie krępujcie się przez nas!
Mój ojciec, Alfa Varic, przyciskał moją mamę, Lunę Crimson, do lodówki. Jej nogi były ciasno owinięte wokół jego talii, palce miała wbite w jego włosy, a dźwięki, które wydawali, zdecydowanie nie były przeznaczone dla uszu osób postronnych. Poczułam, jak twarz mi płonie.
Tata wydał z siebie niski, ostrzegawczy warkot, ale mama roześmiała się, odplatając nogi i odsuwając go na tyle, by móc złapać oddech. Zarumieniła się – a tę sztukę potrafił sprowokować u niej tylko mój ojciec. Moi rodzice mieli odpowiednio czterdzieści i trzydzieści siedem lat, ale poruszali się z energią ludzi o dekadę młodszych. Ich więź była czymś żywym, namacalną siłą wypełniającą pomieszczenie.
– Kontynuowałbym – powiedział tata, opierając się o blat z drapieżnym uśmieszkiem – ale myślę, że Sloane jest zbyt niewinna na pełny występ.
Sloane przewróciła oczami, idąc prosto po kawę. – W twoich snach, wujku V. Nie jestem niewinna.
– Wmawiaj to sobie dalej – odparował tata. Spojrzał na mnie, a jego wzrok natychmiast złagodniał. – Wszystko w porządku, Seraph?
Uśmiechnęłam się, zauważając, że nie ruszył się z miejsca. Zazwyczaj w mgnieniu oka byłby przy mnie, by pocałować mnie w czoło. Fakt, że stał w miejscu, oznaczał, że zdecydowanie próbował ukryć swoją... fizyczną reakcję na mamę.
– Wszystko dobrze, tato. Nie przytulisz mnie? – zapytałam z udawaną niewinnością w głosie.
Uśmiechnął się krzywo, przyciągnął mamę z powrotem do swojego boku i złożył głośny, ostentacyjny pocałunek na jej skroni. – Jesteś pewna, że chcesz podchodzić tak blisko w tej chwili?
– Fuj, nieważne – powiedziałam, marszcząc nos.
Mama przewróciła oczami na nas oboje. – Dziewczyny, czy na pewno wszystko w porządku? Słyszałam, że wczoraj w kinie były jakieś kłopoty. Kaelen mówił, że wróciliście do domu, zanim się zaczęło. To prawda?
Jej wzrok był bystry – to oczy Luny, której nic nie umknie. Nie spojrzałam jej w oczy, zamiast tego odwróciłam się do lodówki po sok pomarańczowy. – Tak, ciociu Crimson. Dokładnie tak było. Totalna nuda. Więc, jaki jest plan na wizytę Króla? To jutro, prawda?
Sloane włączyła się do rozmowy, próbując pomóc w odwróceniu uwagi, gdy Maura, nasza wieloletnia gospodyni i Omega, weszła do pokoju z pustą taca. – Śniadanie podano w jadalni – powiedziała z ciepłym uśmiechem.
– Dziękujemy, Mauro – odrzekła mama.
Twarz taty spoważniała na wzmiankę o Królu. – Przyjeżdża dzisiaj. Właściwie to jego konwój jest już w mieście.
– Ojej, nie mogę się doczekać! – zaćwierkała Sloane, nalewając sobie kawy. – Słyszałam, że jest nieziemsko przystojny. Wręcz legendarnie.
– To zarozumiały dupek – warknął tata.
– Evaric, słownictwo – upomniała go mama, choć w jej oczach błyszczało rozbawienie. Odwróciła się do Sloane. – Kiedy spotykają się dwie osoby o podobnym temperamencie, zazwyczaj dochodzi do spięć. Twój wujek po prostu nie lubi nikogo, kto mógłby rzucić wyzwanie jego ego.
Zaczęliśmy przechodzić do jadalni. Tata objął mnie ramieniem, przyciągając blisko i całując w czubek głowy. – Pięknie dzisiaj wyglądasz, Seraph – wymruczał.
Przez chwilę wtuliłam się w niego. Nigdy nie przepuścił okazji, by mi to powiedzieć. Widok tego, jak patrzył na mamę – z czystym, niepohamowanym uwielbieniem – sprawiał, że moje serce zawsze ściskało się w dziwnym połączeniu nadziei i lęku. Czy kiedykolwiek znajdę partnera, który będzie na mnie tak patrzył? Czy może zobaczy utykanie, wolno gojące się blizny i odwróci wzrok? Ta myśl sprawiła, że w żołądku zawiązał mi się supeł.
Usiedliśmy przy potężnym dębowym stole, który był obecnie zastawiony półmiskami z pełnym angielskim śniadaniem – jajkami, boczkiem, kiełbaskami, grillowanymi pomidorami i górami tostów.
– Więc Król Alfa będzie jadł tutaj? Czy zabieracie go do domu watahy? – zapytałam, sięgając po tosta.
– Tutaj – odpowiedziała mama zamyślonym tonem. – On nie przepada za tłumami. Jest... skryty.
Tata parsknął. – Myślę, że ludzie też go za bardzo nie lubią.
– Naprawdę, Evaric – westchnęła mama. – To Alfa Alf. Okaż trochę szacunku.
– I właśnie dlatego tata go nienawidzi – wtrąciłam się, z trudem wykrzesując lekki uśmiech.
– Ach tak, klasyczna walka samców alfa – stwierdziła mama, uśmiechając się do męża.
– Mogę pomóc w gotowaniu obiadu? – zapytałam.
Brwi taty wystrzeliły w górę. – Nie musisz mu usługiwać, Aeliana. Maura poradzi sobie w kuchni.
– Jeśli chce pomóc, pozwól jej – skontrowała mama. Pochyliła się i złożyła powolny pocałunek na boku szyi taty – ruch zaprojektowany tak, by natychmiast stopić jego irytację. Zadziałało; jego ramiona widocznie opadły.
– Jej kuchnia jest naprawdę niesamowita, wujku Varic. Musisz to przyznać – dodała Sloane, będąc już w połowie plastra boczku.
– Wiem, że jest dobra – powiedział tata ściszonym głosem. – Po prostu nie chcę, żeby marnowała energię i zamęczała się pracą dla kogoś takiego jak on.
Wiedziałam, co naprawdę miał na myśli. Martwił się o moją nogę. – Poradzę sobie, tato. To tylko jeden obiad.
Nigdy im nie mówiłam, jak bardzo to faktycznie boli. Dorastając, doprowadziłam do perfekcji sztukę kłamstwa, wmawiając im, że ból słabnie, że to ledwie tępe kłucie. Prawda była taka, że bolało każdego dnia. Atak wyklętego wilka, gdy miałam dwa lata, zostawił mi coś więcej niż tylko utykanie; zostawił trwałe przypomnienie o tym jedynym razie, kiedy ojciec nie zdołał mnie ochronić. Wiedziałam, że to go zżerało od środka. Uratował mi wtedy życie, ale uszkodzenia nerwów i kości były poza zasięgiem naszego naturalnego leczenia.
– Myślę, że to będzie miły gest – powiedziała mama cichszym, poważniejszym głosem. – W końcu raz już uratował jej życie.
Przy stole zapadła grobowa cisza. Ja i Sloane przestałyśmy żuć, gapiąc się na nią w szczerym szoku.
– Co? – zapytałam, a moje serce na chwilę zamarło. – Kiedy?
– Gadaj wszystko – zażądała Sloane.
Mama wzięła wolny łyk wody, patrząc na nas obie. – Miałaś prawie pięć lat. Byliśmy na drugich urodzinach Saskii Volkov. Odeszłaś w stronę lasu – zawsze byłaś taka ciekawa świata, Aeliana. Wpadłaś prosto na jedno z tych stworzeń. Manananggala.
Poczułam zimny dreszcz na plecach. Te istoty były ucieleśnieniem koszmarów – półludzkie monstra polujące na słabych.
– Tamtej nocy po raz pierwszy zdaliśmy sobie sprawę, kim dokładnie jest Viktor – kontynuowała mama. – To Likan. Uratował cię, zanim to coś zdążyło zrobić ci krzywdę. Choć twój ojciec na niego narzeka, nigdy nie zapomnę, że to dzięki niemu nasza mała dziewczynka wciąż tu jest.
– Jest już od ciebie wyższa, ciociu Crimson – zauważyła Sloane, próbując rozładować ciężką atmosferę.
– Wciąż jest moją córeczką – odparowała mama, choć się uśmiechnęła. – Skoro Aeliana chce gotować, niech gotuje. Viktor... cóż, podejrzewam, że ma więcej tajemnic i powodów do swojego zachowania, niż ludzie sądzą. Łatwiej założyć, że ktoś jest palantem, niż spróbować zrozumieć, dlaczego się dystansuje.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytała Sloane.
– Kiedyś też byłam inna – powiedziała mama, a jej wzrok na chwilę stał się nieobecny. – Byłam wyśmiewana, brana na cel i traktowana jak eksperyment, bo byłam „samicą alfa”. Ludzie próbowali mnie porwać nawet po tym, jak urodziłam Aelianę i Kaelena. Viktor jest jeszcze bardziej „inny” niż ja. Bycie jedynym w swoim rodzaju... to człowieka zmienia.
Skinęłam powoli głową. Waga jej słów osiadła na mnie ciężko. – Musi być samotny – szepnęłam. – Będąc jedynym takim na świecie.
– Nie zaczynaj mu współczuć – mruknął tata, choć bez prawdziwej złości.
Posłałam mu pokrzepiający uśmiech. – Dobrze, tato. Więc, czy jest jakieś konkretne menu, czy mogę przygotować dodatki po swojemu?
– Rób, co chcesz, kochanie – powiedziała mama. – Więc rozumiem, że dzisiaj odpuszczasz trening?
– Tylko na dzisiaj? – zapytałam, czując lekkie ukłucie winy. Mama od lat szkoliła mnie w walce bronią. Tata tego nienawidził, chciał, bym była bezpieczna i chroniona, ale mama odmawiała pozostawienia mnie bezbronnej. Uwielbiałam swój kostur – półtorametrowy kawał wzmocnionego drewna z zabójczym srebrnym kolcem na końcu – ale nie mogłam go przecież nosić po domu.
– Tylko dzisiaj – zgodziła się mama.
– Świetnie! Idę porozmawiać z Maurą i zobaczyć, co mamy w spiżarni.
Wstałam, robiąc to nieco zbyt gwałtownie. Gdy obróciłam się w stronę drzwi, brutalny, rwący skurcz przeszył moją prawą nogę. Kolano ugięło się pode mną, a ja wydałam krótki okrzyk bólu, łapiąc się framugi drzwi, by nie upaść na podłogę.
Zanim zdążyłam zarejestrować upadek, poczułam wokół siebie silne ramiona. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, że to tata; jego zapach cedru i starego lasu był nie do pomylenia. Podtrzymał mnie, trzymając mocno i z desperacją.
– Nic mi nie jest, tato – szepnęłam, sięgając ręką, by ująć jego twarz. Miał szeroko otwarte oczy, pełne tego starego, znajomego poczucia winy, które nigdy go nie opuszczało.
– Powoli, Aeliana – wymruczał głosem drżącym od emocji, gładząc mnie po włosach. – Proszę.
Fala smutku wezbrała we mnie. Nienawidziłam tego, że mój ból był jego bólem. Przytuliłam go mocno, chchowając twarz w jego piersi na dłuższą chwilę.
– Ojej, spójrzcie na nią. Prawdziwa córeczka tatusia – zażartowała Sloane znad stołu, choć jej głos był łagodny. – Mój tata tylko straszy mnie kapciem, jak się potknę.
Mama roześmiała się, a napięcie nieco zelżało. – Robił to samo z Vivian, kiedy była młodsza. Twoja matka była niezłym ziółkiem, Sloane.
– Ciocia V jest twarda – zgodziła się Sloane. – Nie dziwię mu się. Ale spójrzcie na mnie. Jestem niewinnym diabełkiem.
– Żaden diabeł nie jest niewinny – skontrowała mama, a jej oczy lśniły rozbawieniem.
Odsunęłam się od taty, posyłając mu ostatnie uspokajające spojrzenie.
„Wszystko okej, tato. Obiecuję, że będę uważać” – wysłałam przez więź, czując, jak jego ochronna aura otula mój umysł niczym ciepły koc.
Odwróciłam się i wyszłam z pokoju, czując jego wzrok na plecach, dopóki nie skręciłam za róg. Miałam pracę do wykonania. Zamierzałam gotować dla Alfy Alf – człowieka, który najwyraźniej był moim wybawcą, rywalem mojego ojca i najpotężniejszą istotą w naszym świecie.
Miałam tylko nadzieję, że moje gotowanie okaże się lepsze niż moje gojenie.






