POV: Viktor.
Dwadzieścia jeden lat temu.
Szpik w moich kościach zdawał się zmieniać w płynny ołów.
Zacisnąłem dłonie na krawędzi drewnianego parapetu, aż kłykcie pobielały mi z wysiłku, podczas gdy gwałtowny dreszcz wstrząsnął całym moim ciałem. Pot ściekał mi po czole, szczypiąc w oczy, ale nie mogłem mrugnąć. Nie mogłem nawet normalnie odetchnąć. Moje płuca wydawały się zbyt wielkie dla klatki piersiowej; napierały na kości, aż zacząłem myśleć, że klatka po prostu pęknie na pół.
To była noc moich trzynastych urodzin. W normalnych okolicznościach dzieciak w moim wieku świętowałby poza domem. Powinienem być teraz nad kanionem, siedzieć z przyjaciółmi przy trzaskającym ognisku, śmiać się z głupich żartów i udawać, że jesteśmy już w pełni dorosłymi mężczyznami. Ale nie było mnie nad kanionem. Powiedziałem im, że nie czuję się najlepiej, po czym zamknąłem się w ciemnej sypialni, by przetrwać wewnętrzną wojnę, której nie potrafiłem pojąć.
Coś było ze mną bardzo nie tak. Cały dzień czułem, jak to coś dojrzewa pod moją skórą – pierwotna, przerażająca istota bezlitośnie drapiąca wnętrze moich żeber. To nie była zwykła choroba; to była desperacka, wściekła obecność, która domagała się wolności. A zapalnikiem tej niespotykanej tortury był wielki, oślepiająco jasny księżyc w pełni, wiszący ciężko na nocnym niebie.
Jego srebrzyste światło wpadało przez okno sypialni, obmywając moje drżące dłonie. Za każdym razem, gdy blask księżyca dotykał mojej skóry, przez moje żyły przetaczała się nowa fala rozdzierającego bólu. Nieuniknione przyciąganie księżyca wyciągało coś potwornego z najmroczniejszych czeluści mojej duszy. Owszem, byłem wilkołakiem, ale miałem tylko trzynaście lat. Nie powinienem mieć jeszcze swojego wilka. To nie było normalne przebudzenie.
Moje emocje siały w środku kompletne spustoszenie, wirując w chaotycznym wirze paniki, wściekłości i potwornej klaustrofobii. Potrzebowałem ujścia. Ograniczenia mojego własnego ludzkiego ciała wydawały się dusznym więzieniem.
„Viktor... co się dzieje?”
Cichy, znajomy głos mojej matki dobiegł zza ciężkich dębowych drzwi sypialni. Nawet przez mgłę udręki jej łagodny ton szarpnął mnie za serce. Brzmiała na szczerze zmartwioną; słyszałem, jak zatrzymuje się tuż za progiem.
„Zostaw mnie w spokoju, proszę” – udało mi się wykrztusić. Mój głos brzmiał niesamowicie chrapliwie, obco nawet dla moich własnych uszu.
Strach. Głęboki, paraliżujący strach ścisnął mi gardło. Bałem się samego siebie, bałem się tej istoty, która bezlitośnie przejmowała moją anatomię. Wbiłem palce jeszcze mocniej w parapet, wpatrując się w świecącą kulę na niebie. Nie odrywałem wzroku od księżyca, modląc się, by ból ustąpił, by moje ciało po prostu wróciło do normy.
„Zostaw go, nie jest tego wart”.
Zimna, ostra pogarda w głosie ojca przecięła korytarz, uderzając we mnie mocniej niż jakikolwiek fizyczny cios. Oddech uwiązł mi w piersi. Nawet teraz, gdy ewidentnie cierpiałem, nie potrafił ukryć swojej absolutnej pogardy. Był Alfą naszego stada – silnym, bezlitosnym i nieprzejednanym człowiekiem. I nienawidził mnie. Zawsze mnie nienawidził z palącą, irracjonalną pasją, której nigdy nie potrafiłem zrozumieć.
Moje serce zaczęło bić szaleńczo, uderzając o żebra z siłą tarana. *Łup. Łup. Łup.* Dźwięk był ogłuszający. Nienawidziłem tego. To było tak, jakby coś we mnie wrzeszczało wniebogłosy, chcąc wydostać się na świat. Zacisnąłem powieki, desperacko próbując się uspokoić, zmusić potwora do powrotu do klatki.
Ale to było całkowicie bezużyteczne. Ból wyostrzył moje zmysły do przerażającego stopnia. Nagle słyszałem wszystko. Głosy niosące się echem po całym domu. Skrzypienie desek podłogowych. Szum wiatru.
Dlaczego to spotyka właśnie mnie?
Gdy moi rodzice zaczęli oddalać się korytarzem w stronę swojej głównej sypialni, słyszałem każde jadowite słowo, które bezmyślnie opuszczało usta mojego ojca.
„Valerius... to jeszcze dziecko. Coś musi być z nim nie tak” – szepnęła mama, a w jej głosie, gdy wchodzili do pokoju, pobrzmiewał matczyny niepokój.
„To nieposłuszny kundel. Absolutnie nic mu nie jest” – prychnął ojciec, a jego słowa ociekały czystą nienawiścią.
Iskra białej wściekłości zapłonęła w głębi mojego brzucha, przebijając się przez fizyczny ból. Rozgorzała w ognistą, niekontrolowaną pasję. Dlaczego, do cholery, tak bardzo mnie nienawidził? Byłem z jego krwi i kości. Byłem jego synem. A jednak mówił o mnie, jakbym był jakąś plagą.
Serce biło coraz głośniej, wtórując nieubłaganemu pulsowaniu bólu głowy, który rozsadzał mi czaszkę. Księżyc sprawiał, że moja krew śpiewała pieśń gwałtownego niepokoju. Odkąd pamiętam, podczas pełni zawsze czułem lekkie pobudzenie. Oczywiście, byłem wilkołakiem, ale to nie było normalne – przecież nie miałem jeszcze wilka, który mógłby wyć do nieba.
„Nie jestem nieposłuszny” – szepnąłem do pustego pokoju, a mój głos drżał od tłumionej furii.
Co ja mu kiedykolwiek zrobiłem? Przez trzynaście lat stawałem na rzęsach, by sprostać jego niemożliwym standardom Alfy. Trenowałem, aż odmawiały mi posłuszeństwa mięśnie, przełykałem dumę, przestrzegałem każdej surowej zasady, którą narzucał. Ale nigdy nie byłem wystarczająco dobry.
„To bezwartościowy śmieć” – głos ojca przedarł się przez ściany, pieczętując mój los. „Ten tutaj skończy marnie i to szybko. Zobaczysz”.
Jego słowa były jak ostatnia zapałka rzucona do pokoju pełnego benzyny.
Moja krew nie tylko zawrzała; ona eksplodowała. Czysta niesprawiedliwość, nieustępliwe okrucieństwo jego przepowiedni przerwały ostatnią nić mojej rozpaczliwej potrzeby akceptacji. Paznokcie wbiły się wściekle w drewniany parapet. Z moich ust wyrwał się niski, gardłowy warkot – dźwięk zbyt niski, zbyt potworny, by mógł pochodzić od trzynastoletniego chłopca.
Zobaczyłem oślepiającą czerwień. Racjonalna, ludzka część mojego mózgu została natychmiast pochłonięta przez przypływ pierwotnej furii. Miałem serdecznie dość słuchania tego wszystkiego. Skończyłem z próbami zadowolenia człowieka, który z niecierpliwością wyczekiwał mojego pogrzebu.
Odwróciłem się gwałtownie i wypadłem na środek pokoju. Chwyciłem klamkę i szarpnąłem. W nagłym, potężnym przypływie nowo odkrytej, potwornej siły, nie tylko otworzyłem drzwi – wyrwałem je całkowicie z metalowych zawiasów. Drewno pękło z hukiem w moich dłoniach, ale nawet mnie to nie obeszło. Odrzuciłem je na bok i ruszyłem długim korytarzem w stronę sypialni rodziców.
Każda raniąca uwaga, która padła z ust ojca, odbijała się echem w mojej głowie, sprawiając, że gniew wzbierał coraz bardziej z każdym ciężkim krokiem. Dotarłem do ich zamkniętych drzwi i rozdarłem je na strzępy, powtarzając gwałtowny czyn, nawet nie rejestrując w pełni, że wyrwałem ich ciężkie drzwi sypialniane prosto z framugi.
Moja matka wydała z siebie przerażony, piskliwy krzyk i zatoczyła się do tyłu.
Ojciec odwrócił się gwałtownie, a jego twarz zmieniła się z poirytowanej w wyraz czystego, niczym niezmąconego szoku. Po raz pierwszy w moim nędznym życiu wielki, przerażający Alfa wydał się zdumiewająco mały.
„Co to, do kurwy nędzy, jest...” – szepnął z szeroko otwartymi oczami, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że patrzy na własnego syna.
Posłałem mu mordercze spojrzenie. W chwili, gdy moje oczy spotkały się z jego wzrokiem, rozdzierający, oślepiający ból przeszył całe moje ciało. Przemiana oficjalnie się rozpoczęła.
Czułem się, jakby moje kości dosłownie płonęły i jednocześnie kruszyły się na kawałki. Usłyszałem mrożący krew w żyłach dźwięk mojego własnego szkieletu, który łamał się i zrastał z nienaturalną prędkością. Mój kręgosłup wygiął się do tyłu pod przerażającym kątem, a kręgi głośno strzelały. Mięśnie napęczniały, rozrywając materiał moich ubrań.
„Nie jestem śmieciem! Nie jestem nieposłuszny!” – zawarczałem, ale nie brzmiało to już jak słowa. To był zniekształcony, potężny ryk, od którego zadrżały szyby w oknach. Nawet nie dbałem o rozdzierający ból rozrywający moje ciało. Nie poznawałem własnego głosu. Nie rozumiałem nawet, co dzieje się z moim ciałem.
Oczy ojca rozszerzyły się do rozmiarów spodków. Odruchowo cofnął się o krok, zadzierając głowę, by utrzymać ze mną kontakt wzrokowy.
Zmrużyłem oczy przez mgłę udręki. Dlaczego patrzył na mnie z dołu? Był potężnym mężczyzną, znacznie wyższym ode mnie. Ale gdy moje stawy strzelały, a nogi zmieniały strukturę, zdałem sobie sprawę, że góruję nad nim znacząco.
„Ty bezwartościowy kundlu! Jak śmiesz! Czym ty, do diabła, jesteś?!” – ryknął ojciec, a jego szok szybko ustąpił miejsca charakterystycznej dla niego wściekłości. Wyprostował ramiona, rzucając we mnie swoim rozkazem Alfy.
Zawsze nienawidził tego, że jego nadprzyrodzony autorytet nigdy na mnie nie działał. Wiedziałem, że to był jedyny powód, dla którego bił mnie tak bezlitośnie za każdym razem, gdy byłem nieposłuszny – by siłą pokazać mi swoją fizyczną przewagę, skoro jego dominacja nie potrafiła złamać mnie psychicznie. Ale dlaczego było to dla niego aż tak ważne?
Tej nocy aura jego Alfy wydawała się ledwie żałosnym powiewem w porównaniu z potężną górą mojej wściekłości. Rozbiła się o mnie w drobny mak. Nie dotknęła mnie ani trochę.
„Nie jestem bezwartościowy! Dlaczego tak bardzo mnie nienawidzisz?!” – zawarczałem, a dźwięk ten wydarł się z pyska, który bolesne wypychał się z mojej ludzkiej twarzy.
Twarz ojca wykrzywiła się w masce czystego obrzydzenia. Nawet w obliczu przerażającej transformacji, duma nie pozwalała mu ustąpić.
„Mówiłem, że to odmieniec...” – szepnął, a jego głos ociekał nieskrywaną odrazą i zimną pogardą.
Słowo *odmieniec* odbiło się echem w moim umyśle, zrywając ostatni łańcuch trzymający bestię w ryzach. Gniew zapłonął we mnie, przysłaniając wszelkie ludzkie myśli, i rzuciłem się na niego.
To, co nastąpiło później, przypominało gorączkowy koszmar. Zostałem uwięziony w przerażającym stanie podwójnej świadomości. Widziałem wyraźnie, co się dzieje, obserwowałem rozwój masakry, ale jednocześnie nie miałem nad tym żadnej kontroli. Byłem bezradnym widzem uwięzionym na miejscu pasażera we własnym ciele.
Spojrzałem w dół i zobaczyłem potężne, czarne, owłosione łapy wyposażone w ostre jak brzytwa, wydłużone pazury. Patrzyłem z dystansem i fascynacją, jak te pazury tną powietrze i wbijają się wściekle w pierś mojego ojca. Nie czułem uderzenia. Nie czułem, jak jego ciało ustępuje. Moje fizyczne doznania były całkowicie wyciszone, zastąpione przez dziwny, przerażający spokój, który zalał mój umysł.
Patrzyłem, jak człowiek, który dręczył mnie przez całe życie, zostaje rozszarpany niczym mokry papier.
A potem, nagle, świat zapadł się pode mną. Wszystko spowiła absolutna ciemność.
***
Kiedy w końcu odzyskałem przytomność, stałem całkowicie nagi na samym środku sypialni rodziców.
Mrugnąłem powoli, wzrok mi się wyostrzył, a serce natychmiast podeszło do gardła. Niegdyś piękna, skąpana w letnim słońcu wiejska sypialnia zmieniła się w niewyobrażalny koszmar. To była dosłownie rzeźnia.
Poszarpane, nierozpoznawalne kawały mięsa i kości zaśmiecały drewnianą podłogę. Rzeki gęstej, ciemnej purpurowej krwi zbierały się w zagłębieniach desek. Głębokie, gwałtowne ślady pazurów żłobiły każdy centymetr ścian i podłogi. Silny, metaliczny zapach miedzianej krwi skaził powietrze; był tak gęsty i gryzący, że aż mnie zemdliło.
Zatoczyłem się do tyłu, a czyste przerażenie wypełniło każdy zakamarek mojego umysłu. Spojrzałem na swoje dłonie. Były całkowicie umazane krwią, ciemna czerwień zaschła pod moimi ludzkimi paznokciami.
Gorączkowo omiotłem wzrokiem podłogę, oddychając płytko i panicznie. Pamiętałem gniew. Pamiętałem atak na tatę, patrzenie, jak moje czarne pazury rozrywają go na strzępy.
Ale... co z mamą?
Rzuciłem się na oślep przez zrujnowany pokój, omijając ciężką, wywróconą ramę łóżka, która została roztrzaskana w mak. Dotarłem na drugą stronę, a moje serce waliło w szaleńczym rytmie.
Wtedy zamarłem.
Na nasiąkniętych krwią deskach podłogi leżała samotna, odcięta dłoń.
Była blada, delikatna, a na smukłym serdecznym palcu spoczywała cienka złota obrączka.
Pierścionek mamy...
Ręka mamy.
Powietrze zostało gwałtownie wypchnięte z moich płuc. Nogi ugięły się pode mną.
„Nie...” – szepnąłem, a dźwięk był całkowicie pusty. „Jak mogłem zaatakować mamę... Nie. Nie. Nie”.
Serce tłukło się bezlitośnie o klatkę piersiową. Zalała mnie dusząca fala rozpaczy; desperacko zapragnąłem cofnąć czas. Żałowałem, że kiedykolwiek otworzyłem te drzwi.
To ja to zrobiłem. Zamordowałem własnych rodziców i nie miałem pojęcia, jak do tego doszło. Nie pamiętałem, bym zwrócił swoje pazury przeciwko kobiecie, która tak łagodnie sprawdzała przez drzwi, co u mnie słychać.
Lecz gdy klęczałem nagi w ruinach mojej rodziny, wpatrując się w odciętą dłoń ukochanej matki, jedna potworna prawda stała się jasna jak słońce.
Tata miał rację.
Byłem odmieńcem. Przerażającym, niekontrolowanym wybrykiem natury. Jakakolwiek potworna istota objawiła się we mnie tej nocy, nie był to zwykły wilkołak. To był bezlitosny morderca.
To była moja pierwsza, bolesna przemiana. Pierwszy raz, gdy gwałtownie odebrałem komuś życie.
Ale bynajmniej nie ostatni.






