Czułam, jak nastrój Stevena drastycznie spada. Miałam wrażenie, jakby ktoś miał za chwilę wpaść w kłopoty.
– Proszę wsiadać, proszę pana – powiedział Ewan. Przyjechał i poprosił nas, abyśmy wsiedli do samochodu.
Ten człowiek o imieniu Jake był tu po to, by upewnić się, że zjawimy się na pogrzebie.
Zanim wsiedliśmy do wozu, kontynuował prowokacje: – Pamiętam, że wtedy, w latach szkolnych, mogliśmy






