Za sandałowym parawanem w posiadłości Lambertów pękł nagle sznur fioletowych korali modlitewnych z drewna.
Ciemnofioletowe koraliki rozsypały się po kamiennej podłodze, a ich chrupiący, łamiący się dźwięk odbił się echem po pokoju, przypominając rozpad czegoś witalnego.
Chude palce Margaret zawisły w powietrzu, jej paznokcie były zaokrąglone i zadbane, a jednak jakimś cudem biło od nich przerażają






