Obudziłam się wcześnie rano. Słońce jeszcze w pełni nie wzeszło, ale nie potrafiłam już zasnąć.
Mój sen dręczyły koszmary, zawsze krążące wokół mojej mamy. Przerażone spojrzenie w jej oczach, gdy jeden z samotników groził, że się na mnie rzuci. Krzyk, który wydarł się z jej gardła, gdy przemieniła się i uratowała mi życie. I wreszcie światło, które zgasło w jej oczach, gdy samotnik rozerwał jej gardło, a jej czarne futro zalśniło od świeżej krwi. Mój tata nie widział momentu, w którym ostatni oddech uleciał z jej płuc. Odpierał ataki trzech samotników naraz, walcząc, by zapewnić nam wszystkim bezpieczeństwo.
Patrzyłam, jak światło uchodzi z jej oczu, i byłam niemal pewna, że potrafiłam wyczuć chwilę, w której jej dusza ostatecznie opuściła ciało w towarzystwie jej wilczycy, jej najbliższej towarzyszki. Ta strata wydrążyła we mnie wielką dziurę; ból był nieustannym przypomnieniem o tym, że odeszła. Zginęła, próbując mnie ocalić.
Zwlekłam się z pluszowego łóżka i wsunęłam na siebie szlafrok, kierując się do łazienki. Chłód w powietrzu napierał na miękki materiał, przyprawiając moją skórę o gęsią skórkę.
Odkręciłam wodę pod prysznicem i zsunęłam z siebie piżamę. Pozwoliłam, by gorąca woda spływała po moim ciele, zmywając wspomnienia z przeszłości.
W pośpiechu narzuciłam na siebie dżinsowe szorty i czarną koszulkę na ramiączkach. Nie zawracałam sobie głowy wkładaniem butów; o tej porze obudzona mogła być tylko służba. Wsuwając na stopy parę czarnych skarpet, by zwalczyć chłód podłogi, opadłam na kanapę i wyciągnęłam książkę.
Zatopiłam się w słowach powieści, podnosząc wzrok dopiero wtedy, gdy o moje drzwi zabębniło ciche pukanie. Otworzyłam je i spojrzałam w miodowe oczy Sheili. Shannon była do niej niesamowicie podobna, ze swoją skórą w kolorze espresso, kręconymi włosami i jasnymi oczami.
– Chciałam ci tylko przynieść śniadanie, kochanie. – Sheila obdarzyła mnie ciepłym uśmiechem, wciągając wózek ze śniadaniem do mojej sypialni.
Odwzajemniłam uśmiech i opadłam na kanapę. – Skąd wiedziałaś, że nie śpię?
Jak na ludzi, Sheila i Shannon miały instynkt i intuicję likanów. Obie zdawały się wiedzieć znacznie więcej, niż powinny.
– Po prostu miałam przeczucie. – Sheila wzruszyła ramionami, podając mi szklankę soku pomarańczowego. – Ja też nie spałam zbyt dobrze. Zbyt wiele złych snów krążyło mi po głowie.
Skinęłam głową, wypijając duży łyk świeżego soku. – Ja też, ale mój koszmar jest zawsze ten sam – westchnęłam.
Sheila posmutniała i usiadła obok mnie na kanapie, a jej zapach działał dziwnie uspokajająco. Ludzki nos nie byłby w stanie tego wyczuć, ale Sheila pachniała świeżo paloną kawą i chrupiącymi wypiekami z nutą delikatnych perfum. Przypominał mi o domu i o mojej mamie.
– Nie możesz winić się za to bez końca, kochanie. To nie była twoja wina. – Sheila pokręciła głową. Podała mi ciepłą babeczkę z kawałkami czekolady z chytrym uśmiechem, a ja nie mogłam powstrzymać śmiechu, gdy wzięłam gryza.
– To nie twoja wina, Arabello. Rodzice powinni poświęcać się dla swoich dzieci. – Aela pokręciła głową, ona też odczuwała stratę mojej matki. Aela przyjaźniła się z wilczycą mojej mamy, ale wilki inaczej niż ludzie radzą sobie ze śmiercią.
Delektując się niesamowitą babeczką, odwróciłam się do niej. – To trudne. Wciąż myślę o tym, że gdybym tylko potrafiła walczyć, ona by żyła – wzruszyłam ramionami, walcząc z poczuciem winy, które tkwiło we mnie od tak dawna.
– Rodzice mają chronić swoje dzieci, Arabello. Twoja mama wykonała swoje zadanie i to dobrze. Rodzice nie powinni przeżyć swoich dzieci, kochanie – rzekła Sheila głosem pełnym przekonania, a ja w jej słowach mogłam usłyszeć miłość, jaką darzyła własne dziecko.
Uśmiechnęłam się do niej, doceniając matczyną postać, którą miałam w swoim życiu. – Dziękuję za to, Sheilo. Ty i Shannon zawsze zdajecie się wiedzieć, o czym myślę – zachichotałam.
– Obie znamy cię tak długo, czy naprawdę możesz nas za to winić? – Zaśmiała się Sheila, przysuwając mi talerz z owocami.
Zachichotałam. – Taak, ale znam Caroline równie długo, jak ciebie i Shannon. A Caroline w ogóle nie potrafi czytać w moich myślach.
– Ta dziewczyna ma głowę wepchniętą tak głęboko we własny tyłek, że to cud, że w ogóle cokolwiek słyszy. – Sheila zmarszczyła brwi, potrząsając głową, jakby Caroline była z nami w pokoju.
Nie mogłam powstrzymać salwy śmiechu, która wydarła się z moich płuc.
Sheila wstała, by wyjść. – A teraz bądź grzeczna dla taty. Wiem, że nie podobają ci się te bzdury z ochroniarzem, ale on tylko się o ciebie martwi. – Pogroziła mi palcem, ale na jej ustach błąkał się uśmiech.
– Będę dla niego grzeczna – uśmiechnęłam się zawadiacko, wiedząc, że i tak będę sprawiać kłopoty i psocić tam, gdzie tylko zdołam.
Sheila wyciągnęła wózek z pokoju i posłała mi wymowne spojrzenie. – Ale i tak będziesz dręczyć resztę z nas. Mała buntowniczko. – I z tymi słowami wyszła.
Chichotałam cicho przez kilka chwil, zastanawiając się, czy Shannon i Sheila są tajemniczymi Likanami.
Żałując, że nie mam kolejnej babeczki z czekoladą, opadłam z powrotem na kanapę i wróciłam do książki.
Było coś pocieszającego w czytaniu. Ucieczka do innego świata na zaledwie kilka minut potrafiła naprawdę nadać własnemu życiu nowej perspektywy.
Kiedy w końcu podniosłam wzrok, słońce jasno świeciło na niebie, co było znakiem, że czytałam od ponad godziny. Do moich drzwi zapukał ktoś głośniej, ale moje lenistwo trzymało mnie w miejscu.
– Proszę! – zawołałam, nie odrywając wzroku od książki.
Usłyszałam, jak drzwi sypialni otwierają się z rozmachem, a do środka wchodzą dwie pary ciężkich stóp. Od razu rozpoznałam zapach taty – moje nozdrza wypełniła woń świeżej ziemi i tytoniu. Moje oczy oderwały się od książki, gdy dotarł do mnie zapach, którego nie potrafiłam zidentyfikować. Pachniał dobrze, chropowato, jak mężczyzna, ale wyczuwałam w nim złożone nuty mięty i jabłek. Był to jeden z najdziwniejszych, a zarazem najbardziej intrygujących zapachów, z jakimi kiedykolwiek się spotkałam.
Spojrzałam w srebrne oczy mojego taty i zauważyłam, że przybrał postawę Króla Alfy. Emanował aurą pewności siebie i autorytetu. Jeśli mężczyzna stojący obok niego to zauważył, nie dał po sobie tego poznać. Mężczyznę obok mojego taty otaczała jego własna aura mocy, ale w niczym nie przypominała aury taty. Dziwny mężczyzna emanował dominacją i drapieżnością.
Przypomniałam sobie, co ojciec mówił o moim osobistym ochroniarzu i że miał przybyć dzisiaj. Zacisnęłam szczękę, żeby mi nie opadła z wrażenia na widok tego obcego. Miał tę samą potężną budowę co mój tata, tyle że ten mężczyzna miał długą bliznę biegnącą od szyi aż pod linię koszuli. Tatuaże pokrywały jego ramiona, a ciemne oczy analizowały mnie, jakbym była celem.
Zachowałam obojętny wyraz twarzy, podczas gdy moje oczy wędrowały po tym nieznajomym o wyglądzie boga. Dolna połowa jego twarzy była zakryta czarną maską i nie mogłam nic poradzić na to, że obudziła się we mnie paląca ciekawość. Burza rozczochranych włosów w kolorze ciemnej czekolady okalała jego głowę. Na czubku włosy były długie i w nieładzie, podczas gdy boki i tył zostały krótko wygolone. Ciemne brwi i długie rzęsy obramowywały jego obsydianowe oczy. Oderwałam wzrok od maski zakrywającej dolną połowę twarzy i przeniosłam go na czarne rękawiczki, w które ubrane były jego dłonie.
– Możesz sobie udawać, ile chcesz, ale on jest boski – zamruczała Aela, przyglądając się mężczyźnie przed nią.
Przewróciłam na nią oczami w myślach. – Niczego nie udaję. Jasne, jest boski, ale czy nie czujesz, jak bardzo jest zabójczy?
– Och, czuję to, ale to on będzie nas chronił. – Aela znów zamruczała, wyraźnie pociągał ją ten przypominający boga mężczyzna.
Obsydianowe oczy nieznajomego spotkały się z moimi i nie potrafiłam z nich niczego wyczytać. Po prostu wpatrywał się we mnie, pozbawiony emocji.
Mój tata odchrząknął, a moje oczy powędrowały ku niemu. Zmrużyłam oczy na nich obu, czując się bardziej niż kiedykolwiek niechętna, by zaakceptować tego człowieka jako mojego ochroniarza. Dało się wyczuć, jak niebezpieczny był ten facet, tylko po samym fakcie przebywania z nim w jednym pomieszczeniu.
– To twój ochroniarz. Będzie cię wszędzie eskortował i zatrzyma się w przyległym pokoju. – Tata wskazał na drzwi na przeciwległej ścianie apartamentu. Powstrzymałam chęć przewrócenia oczami, wiedząc, że nie spodobałoby mu się, gdybym okazała mu brak szacunku w obecności kogoś innego.
Skinęłam głową i przeniosłam wzrok na nieznajomego, który miał pełnić funkcję mojego ochroniarza. – Jak się nazywasz?
Nieznajomy po prostu patrzył na mnie, potęgując mój dyskomfort i irytację.
– Niezbyt wiele mówi. – Zauważył tata, rzucając mu szybkie spojrzenie. – Nazywa się Viktor.
Gdy tata zarejestrował bunt w moich oczach, pośpiesznie wycofał się z pokoju. – Mam sprawy do załatwienia. Sheila prosiła mnie, abym ci przekazał, że Shannon czeka na ciebie w ogrodzie, a Caroline wraca jutro.
I w ten sposób zostałam zupełnie sama ze swoim przerażająco przystojnym ochroniarzem.
Przestąpiłam z nogi na nogę, czując się dziwnie pod jego obsydianowym spojrzeniem. – Ee, zamierzam się przebrać.
Nic. Absolutnie żadnej odpowiedzi ani najmniejszego znaku świadczącego o tym, że mnie usłyszał. Po prostu wpatrywał się we mnie swoim niewzruszonym wzrokiem.
Wypuściłam głośno powietrze i potarłam nasadę nosa. Podchodząc do komody, zgarnęłam kwiatową sukienkę sięgającą połowy uda i pomaszerowałam do łazienki.
Mruczałam coś cicho pod nosem, obiecując sobie, że przywalę mu, jeśli w ogóle spróbuje pójść za mną do łazienki.
Ku mojemu ubolewaniu, po prostu stał w miejscu. Jego oczy podążały za mną, gdy się do niego zbliżałam. Wsunęłam na nogi białe trampki, przez cały czas nie odrywając wzroku od jego oczu.
– Nie potrafisz mówić? – Złapałam się na tym, że pytam go, pragnąc usłyszeć chociaż odrobinę jego głosu.
Moje oczy rozszerzyły się. – Nie. – To było jedyne słowo, które opuściło jego zakryte usta. Jego głos był głęboki i szorstki, i skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie wydał mi się pociągający.
– Jesteś wojownikiem? – zapytałam z namysłem, wypatrując jakichkolwiek emocji ukrytych w jego obsydianowym spojrzeniu.
– Nie. – Słowo było krótkie i ostre, gdy padło z jego zamaskowanych ust.
Zmrużyłam oczy na Viktora. – To wszystko, co potrafisz powiedzieć? Nie?
– Nie – odpowiedział Viktor w swoim głębokim, monotonnym głosie. Spojrzałam gniewnie w jego ciemne oczy i powstrzymałam chęć, by strzelić się otwartą dłonią w czoło.
Moja irytacja i zniecierpliwienie sprawiły, że poczułam się niepotrzebnie odważna. Viktor został wynajęty jako mój osobisty ochroniarz, więc nie zrobiłby mi krzywdy. Prawda?
Podeszłam do niego, walcząc z węzłem nerwów, który usadowił się w moim żołądku. Przez cały ten czas jego obsydianowe oczy nie odrywały się od mojej twarzy. Pozbawione emocji, obserwowały mnie, gdy się do niego zbliżałam.
Ciekawość, która zrodziła się, gdy spotkałam go po raz pierwszy, rosła, a ja postanowiłam podążyć za jej głosem.
Stałam zaledwie stopę od niego. Jego dziwny, a jednak odurzający zapach był znacznie silniejszy, podobnie jak dominująca i drapieżna aura.
Moje palce drgnęły i nie mogłam powstrzymać ramienia, gdy sięgnęłam po cienki, czarny materiał zakrywający dolną część jego twarzy. Po co miałby potrzebować czegoś takiego?
Przez ułamek sekundy myślałam, że pozwoli mi zdjąć maskę. Jego obsydianowe oczy pozostały obojętne i nie ukazywały żadnych emocji, gdy moje palce zbliżały się do jego twarzy.
Ruch był szybszy niż u jakiegokolwiek z Likanów, jakich kiedykolwiek spotkałam. Jego odziana w rękawiczkę dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Trzymał go w dłoni, jakby był muchą, która ośmieliła się podlecieć zbyt blisko. Jego uścisk był na tyle mocny, by nie pozwolić mi się wymknąć, ale na tyle delikatny, by nie wyrządzić mi krzywdy.
– Nie. – To samo irytujące słowo wymknęło się z jego ust po raz czwarty. W jego głosie kryło się coś jeszcze, coś, czego nie potrafiłam dokładnie zidentyfikować. Sposób, w jaki powiedział „Nie”, różnił się od pozostałych. Niezależnie od tego, poczułam się jak dziecko skarcone za dotykanie czegoś, czego nie powinnam.
Jego spojrzenie spoczywało na moim przez kilka kolejnych sekund, wystarczająco długo, abym mogła zauważyć nerwy i motyle kłębiące się w moim żołądku, zderzające się i zlewające w jeden wielki bałagan. W końcu puścił mój nadgarstek, a ja pozwoliłam mu opaść bezwładnie wzdłuż ciała.
Przygryzłam wargę i odwróciłam się od niego. Idąc korytarzem, bez trudu czułam jego obecność za sobą. Był wystarczająco blisko, by mnie chronić, i wystarczająco daleko, by powstrzymać mnie przed kolejną próbą dotknięcia go.
Im więcej o tym myślałam, tym wyraźniejsza stawała się moja szalona decyzja.
Nie miałam zamiaru zachowywać się grzecznie, nie zmieniłabym w sobie niczego. Ale ciekawość, która we mnie przebudziła, rosła w zastraszającym tempie.
Nie byłam pewna kiedy, ani jak, ale zobaczyłabym jego twarz. A jeśli będę miała szczęście, zmuszę go do przeprowadzenia ze mną prawdziwej rozmowy.






