Reszta wieczoru ciągnęła się niemiłosiernie. Słowa wuja odtwarzały się w mojej głowie w nieskończoność, wraz z dwoma mocnymi słowami Viktora.
– Pieprzyć władzę. – Jego głęboki, szorstki głos z furią zwalczał słowa mojego wuja.
Wydawało mi się dziwne, że ktoś taki jak on mówi „pieprzyć władzę”. Ktoś tak potężny i znacznie szybszy niż zwykły likan. Wydawał się aż pławić w potędze.
– Czy dla odmiany nie powinnyśmy postawić siebie na pierwszym miejscu? – Aela zmarszczyła brwi.
Westchnęłam, żałując, że to nie jest takie proste. – Aelo, będziemy miały pod opieką całe królestwo. Czasami chodzi o coś znacznie więcej.
– To nie jest tak trudne, jak to przedstawiasz. Nasz partner nie bez powodu został nam przeznaczony, on nam pomoże. – Aela była pewna swego.
– O ile kiedykolwiek go spotkamy – westchnęłam.
Mogłam sobie tylko wyobrazić, jak czuła się Aela. Ludzie i wilki drastycznie różnili się od siebie, jeśli chodzi o radzenie sobie z problemami. Będąc córką Króla Alfy, Aela miała w instynkcie ochronę swojego ludu za wszelką cenę. Ale była też związana z naszym przyszłym partnerem. Nie potrafiłaby go zdradzić, nawet gdyby próbowała. Jej własna natura pozostawała ze sobą w konflikcie.
Choć nie pragnęłam niczego bardziej, niż chronić swój lud, czy byłam gotowa na to, co by się stało, gdybym zrezygnowała z mojego partnera? Reszta życia u boku kogoś, kto nie dawałby mi prawdziwego szczęścia. Sypianie z nim, rodzenie mu dzieci, budowanie wspólnego życia. Wydawało mi się to półżyciem, fałszywym życiem.
Gdyby moja mama żyła, zganiłaby wuja za wbijanie mi do głowy takich słów i zrzucanie na moje barki tej odpowiedzialności.
Nie byłam pewna, jak długo siedziałam na balkonie, rozkoszując się ciszą i chłodnym powiewem wiatru, który unosił moje włosy. Patrzyłam, jak słońce chowa się za chmurami, a ogród w dole ciemnieje, pozbawiony jego światła. Słońce co rusz wyzierało zza chmur, rozrzucając po ogrodzie odcienie pomarańczu i żółci. Moje oczy pozostawały utkwione w ogrodzie, a oczy Viktora pozostawały utkwione we mnie.
– Arabello? – zawołał cicho z tyłu łagodny głos. Jedna ze służących wychyliła głowę zza drzwi balkonowych, obdarzając mnie delikatnym uśmiechem.
Oderwałam leniwe spojrzenie od zalanego słońcem ogrodu i spojrzałam na służącą: – Tak?
Uśmiechnęłam się do niej, wydawała się nowa i onieśmielona pracą w rezydencji.
– Król Alfa czeka na panienkę w jadalni. – Młodziutka służąca posłała mi drobny uśmiech, skłaniając głowę.
Podniosłam się z krzesła i uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem zdrętwiała. Jak długo tu siedziałam?
– Zejdę zaraz za tobą – skinęłam głową, zamykając drzwi balkonowe za naszą trójką.
Szliśmy w milczeniu szerokim korytarzem, a ja znów zaczęłam rozmyślać o swojej sytuacji.
– Więc, jak masz na imię? – Uśmiechnęłam się do dziewczyny z góry. Nie mogła mieć więcej niż czternaście lat.
Musiałam ukoić toczący się w mojej głowie sprzeczny spór, a rozmowa z Jules w tym pomagała.
Jej oczy w kolorze ziemi rozszerzyły się, a na ustach zagościł swobodny uśmiech. – Julie, ale proszę mi mówić Jules.
– Jak długo tu pracujesz, Jules? – Odwzajemniłam uśmiech.
– Dopiero od kilku dni. – Jules wypuściła drżący oddech.
Zachichotałam na widok jej zdenerwowania. – Nie masz się czym martwić. Z góry przepraszam za cały bałagan, który tu w przyszłości zrobię. – To wywołało u niej chichot.
– Po prostu nigdy wcześniej nie przebywałam wśród tylu likanów. Uczę się w domu, więc rzadko wychodzę. – Wzruszyła smutno ramionami.
Skinęłam głową. – Rozumiem, ja też za często nie wychodzę. Tutejsi likanie nie są tacy źli. Daj mi tylko znać, gdyby ktoś sprawiał ci kłopoty.
Weszłyśmy do jadalni, a ja skrzyżowałam spojrzenie z tatą.
– Dziękuję, panienko. – Jules uśmiechnęła się szeroko, po czym odwróciła się i wyszła.
Westchnęłam i usiadłam przy stole. Nie czułam się zbyt głodna, więc tylko dłubałam w jedzeniu.
Po kilku minutach ciszy mój tata odchrząknął: – Arabello, co się dzieje? – Jego ciemna brew uniosła się do góry.
Przewróciłam oczami, zawsze wiedział, kiedy coś było nie tak. Teraz musiałam tylko zdecydować, czy chcę rzucić mojego wuja na pożarcie, czy też nie.
Wzruszyłam ramionami. – Po prostu rozmyślam nad kilkoma sprawami.
– Jakimi sprawami? – Jego brew wciąż była uniesiona. Mój tata nie należał do osób, które odpuszczają.
Zmarszczyłam brwi, próbując wymyślić sposób na wyrażenie swoich myśli bez wydawania wuja.
– Cóż, wiem, że inni władcy przyjeżdżają na moje urodziny, aby spróbować zdobyć moje względy. – Zmarszczyłam czoło. – Zastanawiałam się, czy powinnam im na to pozwolić.
Tata zakaszlał i wziął duży łyk wina. – Pozwolić im?
– Tak. – Zmarszczyłam czoło. – Związać się z jednym z nich. Musieliby przyjść nam z pomocą, a to mogłoby zdjąć z ciebie część stresu. – Nie mogłam nie zauważyć, jak bardzo wydawał się ostatnio zmęczony.
Srebrne oczy taty pociemniały. – Twój wuj z tobą rozmawiał, prawda? – warknął.
– Słucham? – Wymusiłam na twarzy zmieszany wyraz. – Nie, nie rozmawiał ze mną.
– Sama doszłaś do takiego wniosku? – zapytał sceptycznie.
Wzruszyłam ramionami. – Oczywiście. To, co wczoraj obaj powiedzieliście podczas kolacji, zapadło mi w pamięć. Jeśli mogę pomóc, to czy nie powinnam?
Im więcej myślałam o zrezygnowaniu z mojego przyszłego partnera, tym mocniej mój żołądek zwijał się w supeł. Nie byłam pewna, jak robili to inni likanie. Jak potrafili zebrać w sobie siłę, by odrzucić swoją drugą połówkę?
– Arabello, to nie jest twoja walka. – Głos taty był surowy, przybrał ton Króla Alfy.
Chciałam coś powiedzieć, ale uciął to ruchem dłoni.
– Tak, wiem, że zajmiesz moje miejsce, kiedy ustąpię. Ale jeszcze nie ustąpiłem, dlatego to moja walka. – Głos taty skupił na sobie moją niepodzielną uwagę. – Nie poświęcisz swojego jedynego szczęścia dla wojny, z którą możemy poradzić sobie sami. Co pomyślałaby twoja matka?
Jego słowa zabolały, ale miał rację. Wciąż jednak nie mogłam pogodzić się z faktem, że on i wuj nie mówili mi wszystkiego.
– Pomyślałaby, że oszalałam – prychnęłam, chwytając dla siebie kieliszek wina.
Tata pokręcił głową, a na jego ustach błąkał się delikatny uśmiech. – Nie, nie oszalałaś. Po prostu jesteś zagubiona.
– Dzięki, tato. – Odwzajemniłam uśmiech.
Jego uśmiech rozświetlił pomieszczenie, a ja nie potrafiłam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziałam, żeby uśmiechał się w ten sposób. – Zawsze, Bello.
– Mam jeszcze tylko jedną, tycią prośbę. – Uśmiechnęłam się do niego nieśmiało.
Tata uniósł brew, rozpoznając ten konkretny wyraz twarzy. – Mhm, a co by to było?
– Więc... Caroline zaprosiła mnie jutro wieczorem na imprezę. To nic wielkiego, ale chciała wiedzieć, czy mogłabym przyjść. – Wydęłam dolną wargę w podkówkę. Ten wyraz twarzy nie działał na niego już od kilku lat, ale nie zaszkodziło spróbować.
Tata westchnął, a ja mówiłam dalej: – Viktor będzie ze mną przez cały czas! A wiesz, że nie piję w taki sposób. Będziemy tam tylko przez godzinę lub dwie, obiecuję.
Tata milczał, zatracając się w myślach. – Bardzo dobrze, ale jeśli cokolwiek się stanie, połączysz się ze mną przez więź. Zrozumiano?
– Tak, panie Królu Alfo. – Posłałam mu promienny uśmiech, ignorując jego chichot i przewrócenie oczami.
Kiedy skończyliśmy kolację, resztę czasu spędziłam w swojej sypialni. Po kilku rzuconych w moją stronę spojrzeniach, Viktor poszedł do swojego pokoju.
Poczułam ulgę, gdy zauważyłam, że łazienka została wysprzątana, a drzwi wymienione.
Dla odmiany udało mi się obudzić o czasie. Właśnie zsunęłam z siebie koszulkę na ramiączkach i założyłam głęboko fioletowy biustonosz, gdy Viktor zapukał do sąsiednich drzwi.
– Wejdź! – zawołałam, starając się ukryć ekscytację i rozbawienie w swoim tonie.
Viktor zamarł w bezruchu, gdy zauważył, jak skąpo byłam ubrana. Miałam na sobie ulubiony fioletowy biustonosz i pasującą do niego bieliznę.
Jego obsydianowe oczy powoli powędrowały w dół mojego ciała, rozpalając za swoim spojrzeniem smugę gorąca. Następnie zamknął oczy i odwrócił głowę, jakby karcił samego siebie za chwilową utratę kontroli.
Moje usta drgnęły w zawadiackim uśmieszku na widok jego błądzącego wzroku; delektowałam się dreszczem ekscytacji, który przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa.
Z każdym spędzonym z nim dniem Viktor wydawał się wyglądać jeszcze atrakcyjniej, o ile to w ogóle było możliwe.
Moja ciekawość zaczęła się jako niegroźna gra, ale teraz przerodziła się w nieustanne, natrętne pragnienie, które kołatało się z tyłu mojej głowy.
Kiedy tylko zawieszałam wzrok na jego zmierzwionych włosach, moje palce drżały z tęsknoty.
Narzuciłam na siebie ubranie i zeszłam na dół do altany. Poczułam ulgę, gdy zarówno Shannon, jak i Caroline przywitały się ze mną.
Rozpoczęłam swoją rutynę jedzenia śniadania w altanie. Przez mgłę słyszałam rozmowę Caroline i Shannon, ale moja uwaga skupiała się na otaczających nas, rozkwitających kwiatach.
Wiele kwiatów zaczęło już w pełni rozkwitać, a wokół altany wirowała kakofonia barw i zapachów. Owady fruwały od kwiatka do kwiatka, ciesząc się jasnym słońcem i delikatnym aromatem kwiatów.
– Ziemia do Arabelli! Halo? – Zostałam wyrwana z zamyślenia, gdy Caroline pomachała mi ręką przed oczami.
Potrząsnęłam głową. – Co? – Rozejrzałam się przez chwilę i zmarszczyłam brwi, zdając sobie sprawę, że Shannon zniknęła.
– Gdzie podziała się Shannon? – Zmarszczyłam czoło, wrzucając do ust winogrono.
Caroline przewróciła oczami. – Zastępuje kogoś w pracy i musiała wyjść. Gdybyś nie była tak pochłonięta swoimi myślami, to byś ją usłyszała. – Caroline zachichotała.
– O cholera – westchnęłam. To była kolejna cecha, którą odziedziczyłam po mamie. Obie potrafiłyśmy tak bardzo zagubić się w otaczającym nas świecie.
Caroline wzruszyła ramionami. – Ona wie, jaka jesteś, nie wzięła tego do siebie.
– Wyślę jej później SMS-a – westchnęłam.
– Zanim znowu gdzieś odlecisz, co twój tata powiedział o dzisiejszym wieczorze? – Piskliwy głos Caroline znów wślizgnął się do mojej głowy.
Posłałam jej cwany uśmieszek. – Zgodził się, ale tylko na godzinę lub dwie.
– To mnóstwo czasu, żebyśmy obie znalazły sobie chłopaków. – Caroline uśmiechnęła się zawadiacko, a jej spojrzenie powędrowało na Viktora.
Przewróciłam oczami. – Nie idę tam szukać chłopaka.
– Czy Viktor pójdzie z nami? – Uśmiechnęła się łobuzersko Caroline, bawiąc się kosmykiem włosów i wpatrując się w niego.
– Wiadomo, przecież jest moim ochroniarzem. – Roześmiałam się.
Caroline wystawiła do mnie język. – Załóż coś uroczego. Krótka sukienka i obcasy, bez wyjątków. – Wycelowała we mnie palcem, a ja wybuchnęłam śmiechem.
Nauczyłam się z sukcesem chodzić na obcasach w wieku czternastu lat. Choć nie były moim ulubionym rodzajem obuwia, właściwie całkiem je lubiłam. Wydłużały nogi i sprawiały, że każda dziewczyna, która je nosiła, stawała się bardziej seksowna i pewna siebie.
– Chcesz pożyczyć coś z mojej szafy? – Uniosłam na nią brew. Choć miałyśmy zupełnie różne typy sylwetki, miałam kilka rzeczy, które mogłyby na nią pasować.
Caroline obdarzyła mnie pełnym wdzięczności, szerokim uśmiechem. – Dziękuję! Poza tym nosimy ten sam rozmiar butów, więc zamierzam splądrować twoją kolekcję.
– Pasuje mi to – droczyłam się z nią. Od lat miała obsesję na punkcie mojej kolekcji butów.
– Bądź gotowa o dziesiątej wieczorem. Spotkamy się przed domem – zaszczebiotała Caroline. – I nie spóźnij się!
– Tak jest, proszę pani – zaśmiałam się.






