Obudził mnie grzmot. Nie z rodzaju tych burzowych, co wprawiają w drżenie okna i rozdzierają niebo, lecz miarowy, nieubłagany łomot serca Theo pod moim policzkiem. Rozbijał się o moje bębenki uszne niczym fale uderzające o skały; każde uderzenie było tak wyraźne, że niemal mogłam poczuć miedziany i słony smak jego krwi przepychanej przez komory i zastawki. Jego klatka piersiowa unosiła się i opada






