Popołudniowe światło wpadało ukośnie przez okna mojego gabinetu, malując złote prostokąty na rozrzuconych dokumentach, które Theo i ja przeglądaliśmy od wielu godzin. Bolały mnie plecy od zbyt długiego siedzenia, a bliźniaczki wierciły się niespokojnie we mnie, jakby podzielając moją niecierpliwość. Od czasu naszego porannego pojednania wpadliśmy w niełatwy rytm – ostrożni wobec siebie nawzajem; r






