Drżącymi palcami wodziłam po linii szczęki Theo, uważając, by ominąć gojące się rany, które wciąż znaczyły jego skórę niczym odznaki przetrwania. Minęły dwa tygodnie, odkąd eksplozja rozerwała na strzępy nasze spokojne zacisze, a on wciąż spał, jego klatka piersiowa unosiła się i opadała w płytkim rytmie, który stał się zarówno moją udręką, jak i pocieszeniem. Żywy, lecz nieobecny. Obecny, a jedna






