languageJęzyk

Rozdział 2

Autor: Catherine Morrissey22 kwi 2026

**Jaxson**

Był czas, kiedy to ja stałbym w świetle tych reflektorów.

Nie wykrzykując ćwiczenia z linii bocznej. Nie chodząc z podkładką jak pieprzony administrator.

Nie. Zostałem stworzony na boisko. Do presji. Do chaosu.

Udało mi się – pierwszy rozgrywający, u szczytu formy, żyjący marzeniem – dopóki wypadek samochodowy nie zabrał mi wszystkiego.

Więzadło krzyżowe przednie, poboczne, chrząstka... rozerwane w kilka sekund.

Nazywali to czystym złamaniem. Ja wiedziałem swoje.

To, co naprawdę mieli na myśli, brzmiało: byłem skończony.

Potem świat się skurczył. Hałas ucichł. Koniec ze stadionami, koniec z tłumami. Tylko rehabilitacja, izolacja i cichy, ostry głód, żeby gdzieś wciąż *mieć znaczenie*.

Ten głód przywiódł mnie tutaj.

Trenowanie nigdy nie było w planach – ale z tych zgliszczy zbudowałem coś nowego. Stałem się w tym cholernie dobry. A teraz sprowadzili mnie, żebym zrobił to, czego nikomu innemu nie udało się od dziesięciu lat: poprowadził Wolves do mistrzostwa.

Potrzebowali przebudowy. Dyscypliny. Strachu, jeśli zaszłaby taka potrzeba.

A ja spędziłem miesiące przygotowując się, żeby im to dać.

Każde nazwisko w tym letnim składzie było wyselekcjonowane. Ale o jedno walczyłem mocniej niż o resztę.

Luke Wyatt.

Niezdyscyplinowany. Arogancki. Zbyt surowy.

Ale utalentowany – *absurdalnie* utalentowany. Miał instynkt, napęd, ogień. Wszystkie te rzeczy, których nie można nauczyć. A pod całym tym buntem kryło się coś jeszcze lepszego: zawodnik, którego mogłem ukształtować w broń.

Jeśli najpierw zdołam go złamać.

Taki był mój plan na dziś. Przejść przez ćwiczenia. Przetestować nowych rekrutów. Zacząć wznosić mur.

A jednak...

Moja głowa wciąż tkwiła w zeszłej nocy.

Nie powinienem był włączać ObeyNet. Nie podczas obozu. Nie wtedy, gdy mój harmonogram był już i tak zapchany. Ale coś mnie tam popchnęło. Potrzeba. Ta część mnie, którą trzymałem w zamknięciu – ukrytą przed światem, który szanował mężczyzn tylko za wygrywanie meczów, a nie za pragnienie władzy w ciemności.

To miało być proste ujście. Kontrola. Uwolnienie.

Ale wtedy *on* do mnie napisał.

Anonimowy. Bezczelny. Cholernie arogancki.

A pod całą tą brawurą... coś pękło.

Był zły. Defensywny. Przerażony tym, jak bardzo podobało mu się to, co oferowałem. Ale nadal odpowiadał. A kiedy powiedział mi, że go nie znam, kiedy twierdził, że jest hetero, wysyłając te wiadomości jak kule, jakby próbował uciec przed samym sobą – wiedziałem, że go mam.

Mój nowy *chłopczyk.*

I tak po prostu... zniknął.

Ale posmak pozostał.

A kiedy wyszedłem dziś rano na boisko, nie myślałem o dynamice drużyny czy strategii gry.

Myślałem o kontroli.

I wtedy go zobaczyłem – mojego nowiuteńkiego rozgrywającego.

Wysoki. Z szeroką klatką piersiową. Mięśnie napięte pod drużynową koszulką polo. Oczy ostre na tyle, by ranić.

Spojrzał na mnie, jakby zobaczył ducha, po czym odwrócił wzrok, myślami wyraźnie gdzieś indziej, w połowie nieobecny.

Nie wahałem się. Użyłem tego jako wymówki, żeby wezwać go do mojego biura po treningu.

Było w nim coś – to zaszczute spojrzenie, a może to wrażenie, jakby wyzywał mnie, bym kopał głębiej. Już wcześniej zakładałem, że będzie on moim największym wyzwaniem... i, jeśli mi się poszczęści, najbardziej satysfakcjonującym.

Trening zaczął się po krótkiej przerwie.

Mój wzrok powędrował prosto do niego.

Na jego blond, rozświetlone słońcem włosy opadające na opalone ramiona, gdy truchtał w naszą stronę z ręcznikiem w dłoni –

I spóźniony.

Dołączył do szeregu dwanaście sekund po tym, jak dmuchnąłem w gwizdek. Wystarczająco długo, żeby mnie wkurzyć. Wystarczająco krótko, by zwrócenie na to uwagi wydało się małostkowe.

Ale ja to zauważyłem.

Miał to spojrzenie – to, które mają zawodnicy, gdy za bardzo starają się wyglądać, jakby mieli wszystko w dupie.

Ramiona rozluźnione, barki luźne, sztuczny uśmieszek przyklejony do twarzy. Ale jego szczęka była napięta. Jego oczy wciąż uciekały w moją stronę, po czym uciekały w bok. Jakbym go denerwował, a on nie chciał, żebym to widział.

Interesujące.

Forma była. Ale jego wyczucie czasu o ułamek sekundy chybione. Wolny przy podaniach. Opóźniony przy reagowaniu na zagrania, na presję, na mój głos.

Nie leniwy.

Po prostu wciąż rozkojarzony.

I to irytowało mnie bardziej, niż powinno.

Widziałem na taśmie, co ten dzieciak potrafi zrobić. Był szybki. Naturalny. Stworzony, by przewodzić.

Ale ta jego wersja?

Ten w połowie nieobecny, wątpiący w siebie bałagan?

Nie zamierzałem tego tolerować.

Jeśli miałem mu powierzyć moją ofensywę, musiał się, kurwa, ogarnąć.

I to zrobi.

Dopilnuję tego.

Podczas końcowych ćwiczeń skupiłem się na reszcie drużyny, ale za każdym razem, gdy się ruszył, rejestrowałem to. Każde spojrzenie. Każde wzdrygnięcie. Każda zmarnowana okazja, by zdominować boisko tak, jak wiedziałem, że potrafi.

Osiągał gorsze wyniki. Ale co ważniejsze... powstrzymywał się.

A ja zamierzałem dowiedzieć się, dlaczego.

Gdy trening się skończył, chwyciłem wodę, sprawdziłem notatki i ruszyłem w stronę budynku.

Nie musiałem go wołać.

Już wiedział, gdzie mnie znaleźć.

Byłem już za biurkiem, kiedy wszedł.

Żadnego pukania. Żadnych przeprosin. Tylko pewność siebie – napięte ramiona, oczy ostrożnie neutralne, jakby przed chwilą nie zawalił połowy dzisiejszych ćwiczeń.

Stał trochę za prosto, jakby próbował coś sobie zrekompensować. Nie odzywał się. Dobrze.

Pozwoliłem ciszy trwać, obserwując go przez kilka sekund, aż poczuł się nieswojo. Na pewno ostrzegali mnie, że to z nim będą kłopoty – *wyglądał* na kłopoty.

Wyglądał też jak pieprzony materiał na gwiazdę. Gdybym tylko mógł kazać mu przestać myśleć dupą.

– Zamknij drzwi – powiedziałem.

Zrobił to.

– Siadaj.

Opadł na krzesło naprzeciwko mnie z niedbałym luzem, w który ani przez sekundę nie uwierzyłem.

Wciąż go studiowałem, zanim się odezwałem.

– Z twoich akt wynika, że podchodzisz do tego programu poważnie. Że zależy ci na wygrywaniu.

Nie odpowiedział.

Splotłem dłonie. Spokojny. Zimny.

– Wyjaśnij mi więc, jak to jest, że spóźniasz się na trening, przegapiasz trzy sygnały podczas rozgrzewki, dajesz dupy we wszystkich ćwiczeniach, a i tak chodzisz, jakbyś już zdobył mistrzowski pierścień.

Jego szczęka się zacisnęła.

Pochyliłem się do przodu.

– Jeśli tak wyobrażasz sobie wysiłek, powiedz to teraz, a przysięgam, że wsadzę cię w pierwszy lot powrotny do Kentucky i zaoszczędzę wszystkim czasu i pieprzenia.

To wywołało reakcję.

On też się pochylił, a jego oczy rozbłysły. – Czyżby?

Jego głos miał w sobie jad – to był jego pierwszy prawdziwy opór tego dnia.

Nie mrugnąłem.

– Nie przestraszysz mnie, trenerze, obaj wiemy, że mnie potrzebujesz – ciągnął, a jego usta drgnęły czymś zbyt gorzkim, by można to było nazwać uśmiechem. – A ja już pracowałem z twardzielami...

– Ale nie pracowałeś ze mną – wciąłem się, cichym głosem. – Gdybyś pracował, wiedziałbyś, że mam moc, by sprawić – by uczynić cię gwiazdą – albo by cię złamać i zakończyć twoją karierę w tym momencie, właśnie teraz.

Byłem cale od jego twarzy.

– Więc jak będzie, panie Wyatt? Jesteś gotowy mi się postawić?

– Wow. Teraz mi grozisz? Myślałem, że sobie ze mną poradzisz! – odparował.

Mój żołądek się ścisnął.

Mój oddech się zatrzymał.

Podniosłem gwałtownie wzrok.

– Co ty właśnie powiedziałeś?

Jego oczy szybko uciekły na bok. Ramiona zesztywniały.

– Powiedziałem... – odchrząknął, teraz już defensywnie, – sprowadziłeś mnie tu, prawda? I jesteś gotowy się poddać?

Patrzyłem na niego. Pozwoliłem, by cisza znów się przeciągnęła.

Ale wewnątrz?

Coś pękło.

To niemożliwe.

Nie ma mowy.

Nie on. Nie ten dzieciak.

Mój głos opadł, teraz chłodniejszy. Bardziej stanowczy.

– Myślisz, że nie poradzę sobie z jakimś aroganckim, niepewnym siebie dzieciakiem z pretensjami do świata?

Wstałem. Obszedłem biurko. Patrzyłem, jak śledzi mnie wzrokiem, gdy stanąłem za jego krzesłem.

Jego kark oblał się rumieńcem.

Nie odwrócił się.

– Mówisz tak, jakbyś miał tu kontrolę – powiedziałem cicho. – Ale głęboko w środku jesteś przerażony.

Zesztywniał.

– Nie znasz mnie – mruknął. – Gówno o mnie wiesz, Steele.

Zatrzymałem się.

Pochyliłem się wystarczająco blisko, by poczuć, jak zamiera w bezruchu.

– Trenerze Steele – powiedziałem miękko.

– *Proszę pana*... dla ciebie.

Nie drgnął.

Nie odezwał się.

Czekałem.

Jeden oddech. Drugi.

Potem, napiętym głosem, ledwie słyszalnym:

– T-tak, proszę pana.

Jego uszy poczerwieniały.

Jego dłonie zacisnęły się w pięści.

Próbował trzymać to wszystko w sobie. Ale jego ciało go zdradziło – napięcie w ramionach, płytki oddech, to migotanie czegoś pomiędzy złością a podnieceniem w jego oczach.

Obserwowałem to wszystko – obserwowałem *jego* uważnie.

Moja ciekawość prowadziła mnie w bardzo ryzykowną strefę.

– Oczekuję posłuszeństwa, kiedy wydaję polecenie. Żadnego wahania. Zrozumiano? – złagodziłem ton – tylko odrobinę.

Skinął głową.

– Tak, proszę pana.

Przełknąłem ślinę.

To był prawie ten sam dreszcz, który poczułem zeszłej nocy –

Ta pyszna krawędź. Ten bezczelny ton. Bunt kryjący się w jego oddechu.

Nie.

To niemożliwe.

Nie słyszałem głosu tego chłopca w internecie.

Ale coś w Luke'u...

Napięcie. Nastawienie. Ogień –

Wydawało się wyraźnie *znajome*.

Staliśmy tak przez chwilę, po czym patrzyłem, jak wychodzi z mojego biura, jakby wcale nie przełączył właśnie we mnie jakiegoś guzika.

I wiedziałem –

Jeśli nie będę ostrożny, to może stać się bardzo niebezpieczną grą.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 2: Rozdział 2 - Poza granicami | StoriesNook