languageJęzyk

Rozdział 5

Autor: Catherine Morrissey22 kwi 2026

**Jaxson**

Moje serce uderzyło mocno w klatce piersiowej w sekundzie, gdy przeczytałem te słowa.

To był on.

**Ciekawski X.**

Bezczelny, lekkomyślny uległy, który rzucił mi wyzwanie kilka dni temu – ten, którego głos był zaplątany zarówno w bunt, jak i potrzebę – to był Luke Wyatt. Mój nowy zawodnik. Początkujący rozgrywający z pretensjami do świata i napięciem wszytym w każdy ruch.

Powinienem to uciąć. To byłaby mądra, etyczna i profesjonalna rzecz do zrobienia. Ale ja nigdy nie udawałem, że jestem dobrym człowiekiem.

W momencie, w którym powiedział mi o swoim chujowym dniu – dniu, który zaaranżowałem, od początku do końca – mój żołądek skręcił się z poczucia winy... a potem ścisnął się z czymś mroczniejszym.

Dumą.

Zaborczą, elektryzującą dumą.

O tak, to już prędzej... Mój kutas zaczął pęcznieć.

Rozsypał się. Dokładnie tak, jak chciałem. A potem pobiegł prosto do mnie.

Ale jego następna wiadomość... ta uderzyła we mnie inaczej.

Była *szczera*. Surowa.

I nie byłem gotów na ten cichy rodzaj bólu, jaki ze sobą niosła, a coś we mnie przełączyło się w tryb opiekuńczy.

**JA:**

**Nie masz być *normalny.***

**Twoje ciało nie zostało do tego stworzone.**

**Jesteś wyjątkowy i silniejszy, niż ci się wydaje.**

**Zostałeś stworzony do napięcia. Do oporu.**

**Do *dyscypliny.***

**I wiesz o tym.**

Patrzyłem, jak miga dymek pisania.

**Ciekawski X:**

Nie wiem o niczym takim.

Skąd ty możesz to wiedzieć?

**JA:**

**Powiedziałem ci od samego początku, czego chcę, a ty wróciłeś po więcej.**

**Tym razem bez maski.**

**Pokazałeś mi prawdziwego siebie.**

**Jestem nieznajomym – a mimo to jakoś mnie do siebie dopuszczasz.**

**Ciekawski X:**

Żałosne, prawda?

**JA:**

**Odważne.**

**Z jajami.**

**Kiedy udawałeś kogoś innego, byłem zaintrygowany.**

**Teraz, gdy wiem więcej?**

**Jestem w to zaangażowany.**

Zapadła cisza. Dłuższa.

Oparłem się na krześle w moim pokoju hotelowym, z telefonem w dłoni, wyobrażając sobie go tuż za rogiem – jak prawdopodobnie krążył po pokoju, przygryzał wargę, próbując uspokoić chaos w swojej piersi.

A ja go wywołałem.

**Ciekawski X:**

Myślałem o tobie dzisiaj.

Zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę, wyobrażałem sobie twój głos.

Jakby to była jedyna rzecz, która powstrzymywała mnie przed pęknięciem.

**JA:**

**A teraz?**

**Ciekawski X:**

Nadal pękam.

Tylko ciszej.

**JA:**

**To nie jest słabość.**

**To presja bez ujścia.**

**I właśnie dlatego potrzebujesz zasad.**

Kogoś, kto upewni się, że ich przestrzegasz.

Koniec z wpadaniem w spiralę.

Koniec z karaniem samego siebie za potrzebę kontroli.

Prawie czułem, jak wstrzymuje oddech.

**Ciekawski X:**

Nigdy nikomu tak dużo nie powiedziałem.

Nawet przyjaciołom.

Nikt nigdy nie pytał.

Dlaczego ty to zrobiłeś?

**JA:**

**Bo potrzebowałeś, żebym to zrobił.**

**Chciałeś, żebym wiedział.**

**Zebym mógł przejąć kontrolę.**

**I *zrobię* to...**

***Jeśli mi pozwolisz.***

Jego kolejna wiadomość nie nadeszła od razu. Ale czekałem. Miałem przeczucie, że to będzie punkt zwrotny.

**Ciekawski X:**

Chcę tego.

Chcę ci na to pozwolić.

I wiem, że to brzmi popieprzono, ale...

Chcę się spotkać.

Twarzą w twarz.

Moja szczęka się zacisnęła.

*Kurwa.*

Przez sekundę – tylko jedną – rozważałem to. Surowość w jego wiadomościach. Odsłonięcie się. To obudziło we mnie coś opiekuńczego. Niebezpieczne.

Ale nie mogłem na to pozwolić. Jeszcze nie.

**JA:**

**Nie jesteś gotowy.**

**A ja nie przekraczam granic, dopóki nie wiem, co czeka po drugiej stronie.**

**Pisz dalej.**

**Oddychaj dalej.**

**Bądź dalej posłuszny.**

**Spotkamy się, gdy nadejdzie właściwy czas.**

Patrzyłem na ekran, opierając się pokusie powiedzenia więcej.

Prawda była taka – już wiedziałem, co czekało po drugiej stronie.

Ale nie mogłem pozwolić sobie na to, by w to wpaść.

Nie, gdy jedyną rzeczą bardziej niebezpieczną od jego trenowania...

było pragnienie go.

**Ciekawski X:**

Więc nie mogę już więcej rozmawiać.

I tak po prostu, zniknął.

Zakląłem pod nosem. Igrałem z ogniem i cholernie dobrze o tym wiedziałem.

Jeden zły ruch – jedno potknięcie – i mogłem stracić wszystko. Gdyby zorientował się, kim jestem i zdecydował się pójść z tym do zarządu, moja kariera byłaby skończona.

Ale coś mówiło mi, że tego nie zrobi. Byłem w dziewięćdziesięciu procentach pewien – może trochę mniej – że *chciał* tego. Może nawet potrzebował tego tak samo bardzo jak ja.

I byłem skłonny podjąć to ryzyko.

W odpowiednim czasie.

Kroki Luke'a odrobinę odstawały od moich, gdy wychodziliśmy na hotelowy korytarz. Nie musiałem się oglądać za siebie, by wiedzieć, że jego oczy są zwrócone na mnie. Napięcie między nami – gorące, kruche i znajdujące się tuż pod powierzchnią – było silniejsze niż kiedykolwiek.

– Wyglądasz na zmęczonego, młody – powiedziałem, nie zadając sobie trudu, by na niego spojrzeć.

Stęknął. – Kiepsko spałem.

– Aha.

Zatrzymałem się. Odwróciłem nieznacznie.

– Nie spędziłeś chyba połowy nocy wgapiony w telefon, co?

To zapewniło mi przebłysk jego dawnej brawury. – A co jeśli tak? Wydaje się, że to nie pańska sprawa, Trenerze.

Zrobiłem powolny krok w jego stronę. Potem drugi.

– Staje się to moją sprawą, gdy twoja wydajność spada na mojej zmianie.

*Pauza.*

– A zasypianie na moim zebraniu personelu nazwałbym, kurwa, spadkiem.

Jego szczęka się zacisnęła, oczy stały się ostre – ale nie zadziorne. Nie tak naprawdę.

– Nie zasypiałem.

– Mrugałeś dłużej, niż większość ludzi ma sny.

Przeniósł ciężar ciała, nagle przyjmując pozycję defensywną.

– Nie siedziałem na telefonie... miałem jet-lag.

Podszedłem bliżej. Wystarczająco blisko, by poczuć cytrusowy zapach z jego porannego prysznica. Zniżyłem głos do szeptu.

– Grzeczni chłopcy nie kłamią.

Jego oddech uwiązł. Zamrugał do mnie z wypiekami, rozdarty między pragnieniem odgryzienia się, a tą częścią niego, która pragnęła właśnie tego.

Nie dotknąłem go. Nie musiałem. Napięcie między nami rozciągało się tak mocno, że aż brzęczało.

– Jesteś mój, żebym trenował cię na boisku, Wyatt. Nie zmuszaj mnie, bym trenował cię też poza nim.

Potem odszedłem – wolnymi, miarowymi krokami – zostawiając go stojącego z żarem wstydu i z czymś jeszcze, co pełzało mu pod skórą.

Trzymał się z daleka przez resztę popołudnia, będąc dokładnym przeciwieństwem tego, czego pragnęło całe moje ciało. W jakiś sposób uzależniałem się od jego napięcia i subtelnych zmian w jego ciele, kiedy naciskałem na jego czułe punkty, więc postanowiłem trochę się zabawić.

Po kolacji wezwałem go do salonu połączonego z moim pokojem – ściśle w sprawach służbowych, rzecz jasna. Zjawił się w dresach i bluzie z kapturem, z wilgotnymi lokami wciąż przyklejonymi do czoła po prysznicu, wyglądając jak obrazek buntu w przebraniu – i, kurwa, jak najbardziej irytująco kusząca rzecz, na jaką kiedykolwiek spojrzałem. Rodzaj pokusy, która sprawiała, że chciałem go zrujnować, w dobrym znaczeniu tego słowa.

Wskazałem na krzesło naprzeciwko mnie.

– Siadaj.

Usiadł – powoli. Ręce skrzyżowane na piersi. Szczęka napięta.

Dobrze.

Podniosłem leżącą obok mnie teczkę i zacząłem.

– Jesteś tu na wyjeździe szkoleniowym. To oznacza, że będziesz mi asystował we wszystkim, co trzeba będzie załatwić. A to obejmuje, ale nie ogranicza się do...

Przewróciłem stronę, patrząc na niego z rozmysłem.

– ...wydrukowania zaktualizowanych notatek z odpraw i ułożenia ich na moim biurku do 9:00 rano punktualnie z zaznaczeniem najważniejszych rzeczy. Nauczenia się na pamięć raportu lekarza drużyny przed jutrzejszą konsultacją dotyczącą rehabilitacji. Odpytam cię. A podczas ocen zawodników będziesz przy moim boku. Obserwował. W ciszy. O nic nie pytając.

Jego usta się otworzyły.

– Mówisz poważnie? – Warknął. – Nie jestem twoją pieprzoną sekretarką.

Żar w jego głosie był prawie słodki. Prawie uroczy.

Pochyliłem się do przodu, ze splecionymi dłońmi.

– Jesteś na tym wyjeździe dzięki mnie. Jesteś w tej drużynie dzięki mnie. Chcesz zostać? W takim razie wykonuj to, co jest wymagane.

Próbował wstać. Nie ruszyłem się z miejsca, ale mój ton przeciął powietrze jak szkło.

– Siadaj.

Zastygł w bezruchu – a potem znów się opuścił, tym razem wolniej.

Wstałem i przeszedłem na tył jego krzesła.

– Chcesz być świetnym rozgrywającym, Wyatt? To trenuj to, czego ci brakuje. W tej chwili jest to dyscyplina.

Zatrzymałem się tuż za nim, na tyle blisko, że mój głos mógł przesuwać się po jego skórze jak jedwab.

– Rano popracujemy nad twoim ciałem. Pełna siłownia, o 7:00 punktualnie. Ale w tej chwili? Twoje nastawienie potrzebuje treningu.

Nie poruszył się.

– Chcesz się dowiedzieć, czego trzeba, żeby przewodzić? – zapytałem nisko, zdecydowanie.

Skinął głową niechętnie.

– Więc wykonuj rozkazy.

Jego grdyka podskoczyła. – Tak... proszę pana.

Uśmiechnąłem się.

– Dobrze. Zatem zaczynajmy.

Gdy wstał i wyszedł z mojego biura z wysoko podniesioną głową, ale zarumienionymi uszami, pozwoliłem, by mój wzrok zatrzymał się na nim dłużej.

*Prawdziwa gra właśnie się zaczęła.*

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki