languageJęzyk

Rozdział 3

Autor: Catherine Morrissey22 kwi 2026

**Luke**

Wyszedłem z biura Trenera Steele'a z kręcącą się głową.

Zły? Może.

Zdezorientowany? Zdecydowanie.

Co ja, do cholery, właśnie zrobiłem?

Ten mały przytyk – „Myślałem, że sobie ze mną poradzisz” – miał przetestować moją głupią teorię, że mógłby on być mistrzem lochów, z którym rozmawiałem wcześniej. Żenujący i bardzo ryzykowny sposób, który mógł się źle skończyć...

Ale nic z tego nie wyszło. Wydawał się równie zaskoczony jak ja, a skończyło się na tym, że praktycznie drżałem pod jego spojrzeniem jak jakiś początkujący uczeń, który nie potrafił się postawić. Znaczy, wystarczająco złe było to, że nie potrafiłem się w ogóle skupić podczas treningu, ale to? To był nowy poziom głupoty, nawet jak na mnie.

A potem ten sposób, w jaki na mnie warknął – górował nade mną, krążył wokół mnie jak pieprzony drapieżnik...

*Proszę pana*.

Kazał mi mówić do siebie *proszę pana*.

Nie wszystkim. Nie drużynie. Tylko mi.

Co to, kurwa, było?

Próbowałem to z siebie strząsnąć, mówiąc sobie, że byłem po prostu wytrącony z równowagi. Zmęczony. W słabszej formie.

Ale to nie chodziło tylko o słowa – chodziło o to, w jaki sposób je wypowiedział. Ten sam spokojny autorytet. Ta sama powolna, przerażająca kontrola.

Absurd. Doszukiwałem się czegoś, czego nie było. Robiłem z siebie głupca.

Znowu.

Mimo to... żar w mojej klatce piersiowej nie chciał zniknąć, niezależnie od tego, kim do cholery naprawdę był.

Czy to była adrenalina?

Czy coś bardziej chorego?

Bo głęboko w środku, jakaś moja część chciała, żeby był jak ten mężczyzna – chciała, żeby przejął nade mną kontrolę i sprawił, bym poczuł się tak mały. Wstrząśnięty. Rozsypany.

*Podniecony.*

Zaraz – co, kurwa?

Podniecony?

Nie byłem gejem. To nigdy nie ulegało wątpliwości.

Chyba że...

Chyba że byłem po prostu jakimś zepsutym masochistą i tak właśnie działała moja dysfunkcja. Pragnienie kontroli. Posłuszeństwo. Kara.

Bo to by miało sens. Mniej więcej. Gdybym przymrużył oczy i dał sobie wystarczająco dużo psychologicznych furtek, przez które mógłbym się przecisnąć.

Cała ta sytuacja zapętliła mi mózg. W pętli, w której wciąż tkwiłem, gdy mój telefon zabrzęczał.

Chwyciłem go.

Jasna cholera, to z aplikacji ObeyNet. Moja klatka piersiowa się zacisnęła.

Pan S: „Jutro znajdziesz sposób, by zademonstrować posłuszeństwo w prawdziwym życiu. Żadnych negocjacji. Żadnej zwłoki.”

Świat się zatrzymał.

Przeczytałem wiadomość jeszcze raz.

*W prawdziwym życiu.*

W ustach mi zaschło.

Nie. Nie, nie, nie.

Usiadłem na brzegu łóżka z telefonem w dłoni, z sercem w gardle.

Mówił poważnie?

Czy to był tylko zbieg okoliczności? Jakiś facet w internecie prężący muskuły władzy, tak jak to zawsze robił?

Albo...

*Czy on coś wiedział?*

Pomyślałem o głosie Trenera Steele'a – niskim, głębokim, przenikliwym. O sposobie, w jaki powiedział proszę pana. O sposobie, w jaki patrzył na mnie, jakby już był moim właścicielem.

Moje palce drgnęły.

Upuściłem telefon, jakby był trucizną.

Znowu zawibrował.

**Trener Steele:**

„Jutro polecisz ze mną do Genewy. Spakuj się na kilka dni. Będziesz widniał jako asystent do spraw szkoleniowych. Bądź na zewnątrz o 6:00 rano.”

Zamrugałem.

Genewa?

Asystent do spraw szkoleniowych?

Patrzyłem na wiadomość tak długo, aż ekran przygasł. Mój puls obijał się o żebra.

Dwie wiadomości. Dwa głosy. Ten sam ton.

*Boże pomóż mi...*

Czy to on był Panem S?

Moje ręce drżały, gdy pisałem odpowiedź.

**JA:**

**„Genewa, w sensie... w Szwajcarii??”**

**Trener Steele:**

„Cieszę się, że znasz geografię.”

**JA:**

**„Dlaczego ja?”**

**Trener Steele:**

„Jeden z naszych weteranów doznał kontuzji podczas treningu w ośrodku międzynarodowym. Lecę tam ocenić sytuację. Będę potrzebował asysty, a ty potrzebujesz nadzoru. Nie spóźnij się.”

Moje serce wciąż pędziło z prędkością 200 mil na godzinę, kiedy w końcu położyłem głowę na poduszce. Zamknąłem oczy, tylko po to, by do snu ukołysały mnie obrazy Trenera – ale w moich snach nosił rękawiczki i garnitur, a wokół jego dłoni owinięty był skórzany pasek...

****

Budzik wyrwał mnie ze snu o 5:30 rano i przez sekundę nie wiedziałem, gdzie jestem. Wiedziałem tylko, że byłem wyczerpany, było mi gorąco i już byłem spóźniony.

Powlekłem się pod prysznic i stałem pod wodą dłużej, niż powinienem, mając nadzieję, że oczyści to mgłę w mojej głowie – i ten gorąc w mojej klatce piersiowej.

Zanim się ubrałem i byłem gotowy, mój puls nadal pędził.

Coś się działo. Tylko nie wiedziałem co.

Kiedy wyszedłem na zewnątrz, słońce ledwie wzeszło, a powietrze było na tyle ostre, że mogłoby ciąć. Czarny samochód czekał na biegu jałowym przy krawężniku.

– Wsiadaj – powiedział kierowca. – Trener czeka na lotnisku.

Nie zadawałem pytań. Po prostu wsiadłem, a mój żołądek zwijał się w supeł. Słowa *zademonstrujesz posłuszeństwo w prawdziwym życiu* odbijały się echem w mojej głowie.

Zanim weszliśmy na pokład prywatnego odrzutowca, byłem tak spocony, że podkoszulek przylegał mi do ciała. Siedział przy oknie, nogi założone noga na nogę, podwinięte rękawy, w okularach, niczym prezes firmy na okładce magazynu. Kiedy na mnie spojrzał, poczułem, jak zimny front uderza w moją klatkę piersiową.

– Siadaj.

Usiadłem.

– Musimy opublikować oświadczenie o tym incydencie. Ty je napiszesz. Przygotuj wersję roboczą przed startem.

Przesunął w moją stronę laptopa – a potem wydrukowany email. – Wszystkie szczegóły są tutaj. Ma być zwięźle.

Żadnej presji.

Spojrzałem na streszczenie. Zerwane więzadło. Doświadczony gracz. Wypada do końca sezonu. Słowa zamazywały się, gdy je czytałem, nie dlatego, że były niejasne – ale dlatego, że siedział naprzeciwko mnie, jakby to był jakiś test. Jakbym to ja podlegał ocenie.

Otworzyłem dokument i gapiłem się w ekran, jakby był mi winien odpowiedzi.

Dobra. Informacja prasowa. Ma być czysto. Ma być zwarcie.

Pisałem. Krótkie, urywane zdania. Same fakty. Ton kogoś, kto dowodzi. Przeczytałem to dwa razy, po czym oddałem mu laptopa.

Przeczytał w milczeniu, a jedna brew powędrowała w górę.

– Niejasne – powiedział sucho. – Napisz od nowa.

Zamrugałem. – Tak, proszę pana.

Zaraz. *Proszę pana*?

Nie patrzyłem na niego. Po prostu wziąłem laptopa i zacząłem od nowa, przebijając się przez ciężar własnego rozczarowania.

Z jakiegoś nienaturalnego powodu, pragnąłem – wręcz musiałem – zaimponować temu mężczyźnie. A kiedy jego intensywne niebieskie oczy zatrzymały się na moich o sekundę za długo, poczułem to – *to pragnienie jego aprobaty.*

Wziąłem oddech. Próbowałem się skupić. Wciąż świadomy jego spojrzenia, wziąłem się do pracy...

Wersja druga: Bardziej profesjonalna. Z lekkim pazurem. Uspokajająca dla fanów.

Powietrze między nami zmieniło się, gdy czytał – był spokojny, opanowany, całkowicie niewzruszony – podczas gdy ja siedziałem tam, próbując nie obgryźć paznokci do samej krwi.

– Zdezorganizowane.

Moja szczęka się zacisnęła. Znów sięgnąłem po laptopa, w milczeniu. Coś pomiędzy dumą a paniką – może instynkt napędzany traumą – sprawiło, że moje ręce drżały.

Wersja trzecia: Wlałem w to, kurwa, całe serce. Cytat głównego trenera. Przesłanie jedności. To było solidne. Musiało być.

Nawet nie mrugnął.

– Nieprofesjonalne.

Moje dłonie były śliskie. W gardle mi zaschło. Kabina była lodowata od klimatyzacji, ale moje ciało płonęło.

Jego oczy pozostały na mnie – ciche, skupione. Jakby studiował mnie, a nie mój tekst.

Dlaczego jego brak aprobaty czułem jak karę?

Całe życie spędziłem pod butem ojca – jego wybuchy gniewu, jego wyzwiska – ale nic nigdy nie weszło mi pod skórę tak jak to.

Dlaczego, do cholery, odrzucenie ze strony *tego* mężczyzny sprawiało, że czułem, jakbym pękał?

Czy naprawdę byłem aż tak bezużyteczny?

Frustracja przerodziła się w coś głębszego – ciasnego, pozbawiającego tchu, spanikowanego.

– J-ja próbuję – mruknąłem, prawie wstrzymując oddech.

Pochylił się. Powoli. Celowo. Jego ciepła dłoń spoczęła na moim ramieniu.

A jego głos – niski, stanowczy, druzgocący...

– Oddychaj, chłopczyku.

Te słowa uderzyły we mnie jak cios.

Zamarłem.

Ten głos. To zdanie. To imię.

Moja głowa opustoszała. Gorąc spłynął wzdłuż mojego kręgosłupa.

Nie mogłem na niego spojrzeć.

Nie chciałem na niego spojrzeć.

Cofnął się bez słowa. Następnie skinął głową uspokajająco.

– Napiszesz to jeszcze raz, ostatni raz. I tym razem zrobisz to dobrze.

Ja też skinąłem głową, milczący, próbując przypomnieć sobie, jak używać palców.

Gdzieś nad Francją, zacząłem pisać.

Moje dłonie wciąż drżały.

Nie od presji.

Nie od zimna.

Ale od dźwięku jego głosu –

I od tego, że przez jedną, krótką sekundę, byłem gotowy, by mu okazać posłuszeństwo.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 3: Rozdział 3 - Poza granicami | StoriesNook