**Luke**
Drzwi zatrzasnęły się za mną i po raz pierwszy tego dnia byłem sam.
Stałęm tak przez chwilę z wciąż zaciśniętymi dłońmi i wciąż walącym sercem. Moja torba sportowa opadła u moich stóp. Nawet nie przebrałem się z ubrań treningowych – wciąż byłem lepki od potu, wciąż pachniałem nerwami, paliwem lotniczym i porażką.
Ten dzień mnie wyssał. Nie fizycznie. Psychicznie. Jakby wyrwano coś ze mnie i zastąpiono białym szumem.
Sama obecność Trenera była już wystarczająco stresująca, ale bycie rzuconym przez niego bezpośrednio na głęboką wodę – wyrzuconym ze strefy komfortu – było po prostu niepokojące.
Ani razu nie podniósł głosu.
Nie musiał.
To, jak na mnie patrzył po tym trzecim szkicu – bez wyrazu, nieodgadniony, z subtelnym rozczarowaniem – wystarczyło, by mój żołądek się skręcił.
Każde słowo trafiało jak cios, sprawiając więcej bólu niż jakakolwiek szarża, którą kiedykolwiek przyjąłem na boisku.
Nie byłem pisarzem. Nie byłem ogładzony. Nie byłem jakimś wyszkolonym przez PR złotym chłopcem.
Grałem w piłkę. To miało wystarczyć.
Nawet nie mogłem powiedzieć, że byłem zły. Byłem... dziwnie smutny.
To uczucie było mi znajome. Zbyt znajome.
*Jesteś żałosny*, syknał głos mojego ojca w mojej głowie*. Kręci cię to, że cię rugają, co? Może tylko do tego się nadajesz. Do tej ładnej buźki i słabiutkiej dumy.*
Czy tak było?
Nie wydawało mi się... Kiedy Trener odrzucił moją pracę, to bolało.
Ale potem... jego głos się zmienił. Tylko nieznacznie. Spokojniejszy. Zrównoważony. Już nie chłodny – stabilny. Mający kontrolę.
Nie ośmieszył mnie. Nie drwił.
Po prostu... dodał mi otuchy. I to – Boże, to – znaczyło więcej, niż chciałem przyznać.
Czułem się, jakby faktycznie mi ufał. Wierzył we mnie.
I jakimś cudem ta stabilność podziałała.
Napisałem to cholerstwo jeszcze raz. Wolniej. Skupiony. Opanowany.
A kiedy mu to wręczyłem, ledwie zauważalnie skinął głową. Tylko raz.
Jedno małe, krótkie kiwnięcie aprobaty.
I nie powinno to mieć znaczenia, ale miało.
To właśnie tak naprawdę mnie poruszyło.
Coś we mnie się zapaliło – coś okropnego i uzależniającego.
Mówiłem sobie, że to tylko ulga. Ale to uczucie było głębsze.
Mroczniejsze.
Jakbym zdał jakiś niemożliwy test... A nagrodą nie była pochwała.
Było nią *zadowolenie go.*
Dlaczego do cholery zadowolenie tego mężczyzny napawało mnie dumą?
I dlaczego sama myśl o tym prawie... podniecała mnie?
*Och, kurwa...*
Opadłem na łóżko i wlepiłem wzrok w sufit. Powietrze w pokoju wydawało się zbyt nieruchome, zbyt ciche. Powinienem być z siebie dumny. Powinienem był odpuścić.
Ale jego głos wciąż rozbrzmiewał w mojej głowie. Zaufanie... Zmiana w tonie. Jakby doskonale wiedział, jak ściągnąć mnie z krawędzi. I zrobił to celowo.
Przypominał mi kogoś innego.
Pana S.
Ta myśl sprawiła, że coś ścisnęło się nisko w moim brzuchu. Niepożądana. Nieunikniona.
Próbowałem to zignorować. Chwyciłem telefon. Otworzyłem wiadomości. Zamknąłem je z powrotem.
Cisza naciskała mocniej. Myśl o Panu S całkowicie mnie dominującym, zmieniającym mnie w coś, czym nie byłem... Czy na pewno nie byłem?
Ale jakimś cudem, to twarz Trenera Jaxsona widziałem przed oczami. Wydającego mi rozkazy, karzącego mnie...
*Co jest, kurwa...?*
Przewróciłem się na bok, niespokojny, spięty. Moje palce świerzbiły. Mój brzuch się napiął. I gdzieś w samym środku tej frustracji i fantazjowania, moje ciało zareagowało.
Byłem twardy. Obolały z pożądania.
Próbowałem z tym walczyć, ale widziałem tylko Trenera. Nie tego z treningu. Tego z samolotu. Tego, który pochylił się blisko i wydał z siebie stabilne, chłodne słowa na mojej skórze. Tego, który patrzył na mnie, jakby widział na wylot każdy mur, który wokół siebie zbudowałem.
I nienawidziłem tego, jak się przez to czułem.
Odsłonięty. Dostrzeżony.
I pragnący więcej.
Zkopałem z siebie spodnie i odsunąłem koce w dół, przewracając się na plecy, z oddechem już teraz urywanym. Zamknąłem oczy i zacisnąłem dłoń na swoim kutasie, próbując pomyśleć o kimkolwiek innym. O jakimś pozbawionym twarzy numerku na jedną noc. O jednej z gorących cheerleaderek, które kiedyś mi obciągały. O kimkolwiek.
Ale on już tam był. Jaxson Steele.
Jego głos. Jego zapach. Przerażający spokój jego poleceń.
Pocierałem szybciej, a frustracja wrzała tuż pod powierzchnią. Nie chciałem tego chcieć. Nie chciałem potrzebować jego aprobaty, jego uwagi, jego...
Moja głowa opadła na poduszki.
To powinna być ulga. Ale nie była. To przypominało bardziej burzę wybuchającą wewnątrz mnie – paskudną, gorącą i pełną wstydu. Moja ręka poruszała się szybciej, a oddech więznął mi w gardle. Ciśnienie rosło z każdym wspomnieniem, które zapalało się pod moimi powiekami. Jaxson stojący nade mną na boisku. Jaxson pochylający się blisko w biurze. Jaxson wywołujący mnie do tablicy przy wszystkich, wiedzący dokładnie, co robi.
Jęknąłem cicho, pocierając swojego kutasa mocniej na myśl o jego mięśniach napinających się pod koszulką. Moje uda stężały. Moje plecy wygięły się w lekki łuk, gdy strużka preejakulatu spłynęła z mojej nabrzmiałej żołędzi.
Widziałem go. Dokładnie tam, w moim umyśle. Nie delikatnego. Nie słodkiego. Po prostu pewnego siebie. Władczego. Niebezpiecznego. I w jakiejś części mnie, do istnienia której nie chciałem się przyznać – potrzebowałem tego. Potrzebowałem go.
Mój oddech się zaciął. Moje mięśnie się zacisnęły.
Byłem o sekundy stąd. Tuż na krawędzi poddania się, całkowitego rozpadnięcia się –
Mój telefon się zaświecił.
Zamarłem.
*Pan S wysłał ci wiadomość.*
Moja klatka piersiowa się zacisnęła. Krew zaszumiała mi w uszach. Moja dłoń wciąż była zaciśnięta na mojej erekcji, mokrej i drgającej, o jedno pociągnięcie od całkowitej utraty kontroli.
Ekran znów się zaświecił.
**Pan S:**
Tęskniłeś za mną?
Wydobył się ze mnie cichy, zdławiony dźwięk – w połowie jęk, w połowie śmiech. Gorzki. Zdesperowany.
Nie miał pojęcia, co przerwał. A może... może miał.
Patrzyłem na wiadomość, mój kutas wciąż pulsował w mojej pięści, orgazm balansował teraz tuż poza moim zasięgiem.
Chciałem skończyć. Musiałem.
Ale zamiast tego, moje palce powoli puściły.
I tak po prostu znowu znalazłem się w jego rękach.
Patrzyłem na wiadomość, jakby mogła zniknąć, jeśli mrugnę.
Przez głowę przeszło mi sto sarkastycznych odpowiedzi, ale żadna nie dotarła do moich palców. Wciąż byłem napięty do granic, oddech był urywany, a serce łomotało, jakbym właśnie przebiegł sprint na sto jardów, gdy ktoś patrzył na każdy mój krok.
Wytrzepałem dłoń o prześcieradło, syknąłem cicho z powodu nadwrażliwości i usiadłem. Następnie odpowiedziałem.
**JA:**
**Nawet cię nie znam. Ale wyczucie czasu masz świetne.**
Dymek pisania zamigał raz. Potem zniknął.
Potem znów zamigał.
**Pan S:**
Nie odpowiedziałeś na pytanie.
Przełknąłem ślinę, szczęka mi się zacisnęła. Moje palce zawisły nad ekranem.
**JA:**
**Chyba jednak tak.**
**Sam nie wiem dlaczego.**
Tym razem pauza była dłuższa. Kropki tańczyły.
**Pan S:**
Pragniesz struktury.
I jednocześnie jej nienawidzisz.
To wyczerpujące, prawda?
Patrzyłem na te słowa, jakby wszedł mi do, kurwa, głowy.
**JA:**
**Co sprawia, że tak myślisz?**
**Pan S:**
Znam twój typ.
I jak dotąd miałem rację.
Wypuściłem ostro powietrze. Mój pokój wydawał się gorętszy, cięższy. Jakbym nie mógł do końca złapać tchu.
**JA:**
**To był po prostu chujowy dzień.**
**Tyle.**
**Pan S:**
Powiedz mi, co sprawiło, że był chujowy.
Zavahałem się.
Nikt nigdy mnie o to nie pytał. Nie po to, by faktycznie wysłuchać. Ludzie pytali z grzeczności albo dlatego, że czekali na moment, żeby porozmawiać o sobie. Ale to wydawało się inne. Nie próbował znaleźć wspólnego języka. Wyciągał to ze mnie, powoli i ostro.
Powinienem był się wylogować. Powinienem był trzymać buzię na kłódkę.
Zamiast tego, napisałem.
**JA:**
**Coś spierdoliłem.**
**Usłyszałem, że byłem niestaranny, nieprzygotowany, niewystarczająco dobry.**
**A najgorsza część? Zgodziłem się z tym wszystkim.**
**Nie jestem w tym dobry.**
**Pan S:**
W czym? W udawaniu?
**JA:**
**We wszystkim poza futbolem.**
**W mówieniu. W pisaniu. W byciu...**
**Normalnym.**
Zamknąłem oczy po wciśnięciu wyślij.
Mijały sekundy, gdy wpatrywałem się w ekran, życząc sobie, żeby był w pokoju. Życząc sobie, żeby go nie było, bym nie musiał mierzyć się z jego rozczarowaniem. Nie byłem „fajnym chłopakiem z marzeń”, jakiego pewnie oczekiwał – byłem tylko jednym wielkim spierdoleniem.






