Jaxson
Nie zrozumcie mnie źle — nie jestem sadystą.
Przynajmniej nie w takim sensie, w jakim myślą ludzie.
Wszystko, co zrobiłem tamtego ranka — ćwiczenia, mierzenie czasu, komendy — nie polegało na samej kontroli dla zasady. Chodziło o niego.
O Luke'a Wyatta.
O debiutanta z nadmiarem ognia i brakiem miejsca, w którym mógłby go spożytkować.
Wykonywał każdy rozkaz, jakby bycie posłusznym go wkurzało, a jednak to robił — z zaciśniętą szczęką, drżącymi mięśniami, oczami błyszczącymi za każdym razem, gdy podszedłem zbyt blisko.
Dokładnie ten rodzaj oporu, który aż prosił się o złamanie.
Mówiłem sobie, że to coaching. Trening. Struktura.
Ale patrzenie, jak się porusza — patrzenie, jak poddaje się w małych, niechętnych kawałkach — w niczym nie przypominało pracy.
„Trzymaj to” — powiedziałem, krążąc za nim, gdy napinał się w pozycji deski. „Trzydzieści sekund”.
Chrząknął, a pot skapnął na matę.
Kucnąłem obok niego, wystarczająco blisko, by poczuć, jak rwie mu się oddech.
„Poddasz się, to zaczniesz od nowa”.
Jego głos był ostry. „To licz szybciej, Trenerze”.
Pewny siebie, mały gnojek.
Ale nie umknęło mi delikatne drżenie jego ramion, rozbłysk gorąca, kiedy powiedziałem: „Stać cię na więcej, Wyatt. Przeoddychaj to”.
Zrobił to.
Zawsze to robił.
Gdy zadźwięczał minutnik, opadł na podłogę, a jego klatka piersiowa unosiła się ciężko. Koszulka przylgnęła do jego pleców, pot spływał wzdłuż linii kręgosłupa. Zasło w gardle, zanim zmusiłem się do odwrócenia wzroku.
„Dobrze” — powiedziałem, głosem niższym niż zamierzałem. „Zjaw się w sali konferencyjnej za dwadzieścia minut. Masz do przygotowania podsumowanie”.
Spojrzał w górę. „Wciąż twój asystent, co?”
„Dopóki nie powiem inaczej”.
Jego uśmieszek był szybki i irytujący. „Tak, proszę pana”.
To słowo spadło jak cios.
Tym razem bez kpin — w połowie był to instynkt, w połowie coś innego.
Odwróciłem się, zanim moja reakcja stała się widoczna.
Resztę dnia łatwiej było udawać.
Zlecałem mu zadania, testowałem jego skupienie, kazałem recytować notatki z rehabilitacji, dopóki nie przestał się jąkać. Za każdym razem, gdy coś zrobił dobrze, chciałem mu powiedzieć — *grzeczny chłopiec* — ale tego nie zrobiłem.
Zasłużył na to. Ale nie mogłem sobie pozwolić, by mu to dać.
Pochwała to smycz, a ja nie byłem jeszcze gotowy, by zaciągnąć ją ciasno.
Do wieczora stał się cichy.
Posłuszny. Wydajny.
I nie powinno napawać mnie to dumą, a jednak napawało.
Kiedy wychodził z mojego gabinetu, zawahał się w progu, jakby chciał coś powiedzieć. Potem zrezygnował.
„Słuchawki” — mruknął, prawie do siebie. „Zostawiłem je na siłowni”.
Tylko skinąłem głową. „Więc idź je przynieść”.
Poszedł.
I na tym powinno się to skończyć.
Zostałem po kolacji, trenując w samotności przy cichym buczeniu świetlówek.
Siłownia była pusta, powietrze ostre od gumy i potu.
Każde powtórzenie paliło. Każda seria przypominała mi o tym, co straciłem — o kolanie, o szybkości, o karierze, która umarła zbyt wcześnie.
Ale obrazem, który wciąż się wtrącał, nie była przeszłość.
To był on.
Luke, z podwiniętymi rękawami, rozchylonymi wargami, ciałem napiętym pod wpływem komendy.
Sposób, w jaki spojrzał na mnie tamtego ranka, kiedy powiedziałem *proszę pana*.
Buntowniczy. Ciekawy. Pragnący.
Próbowałem to z siebie zrzucić, skupiłem się na ciągnięciu linki, na zgrzycie mięśni i metalu. Ale przy piątej serii moje myśli zdążyły już ześlizgnąć się w mroczniejsze miejsce.
Mówiłem sobie, że to rozładowanie napięcia.
Ulga.
Ale kiedy wszedłem pod prysznic, kłamstwo się rozpadło.
Gorąca woda spływała po moich ramionach, a jedyne co widziałem, to jego usta — jego zarumienione gardło — drżenie jego rąk, kiedy kazałem mu wytrzymać.
Moja dłoń zacisnęła się.
Powolne, przemyślane ruchy.
Kontrola, nawet tutaj.
Zwłaszcza tutaj.
„Oddychaj” — mruknąłem pod strumieniem wody. „Po prostu oddychaj”.
Na początku nie usłyszałem drzwi.
Potem — ciche kroki. Niezdecydowane.
Delikatne poruszenie powietrza.
Ktoś tam był.
Odwróciłem się lekko, woda maskowała wszystko oprócz dźwięku mojego własnego bicia serca — i tego cichego wciągnięcia powietrza, które znałem aż za dobrze.
Luke.
Jednak nie odszedł.
A kiedy nasze oczy spotkały się przez parę, świat zamarł.






