languageJęzyk

Rozdział 3: Dziedzic Luny

Autor: Aeliana Moreau 28 mar 2026

Ruszył w moją stronę ciężkim krokiem, a ja instynktownie skuliłam się w sobie. Nie spuszczałam wzroku z czarnowłosego mężczyzny. Chłopak, którego asekurował, właśnie wstał i również patrzył w naszą stronę. Też miał czarne włosy i wyglądał, jakby był pochodzenia wschodnioazjatyckiego.

– Ej – zawołał do kipiącego złością mężczyzny stojącego przede mną. – To ta suka, Max?

– Słucham? – zjeżyłam się. – Nawet cię nie znam!

– Wie wszystko, co powinien wiedzieć – syknął wyższy mężczyzna, Max. – Że jesteś słabą małą dziewczynką bez wilka, której jakoś udało się oszustwem dostać do Akademii.

– A ja wiem o tobie wszystko, co powinnam – odgryzłam się.

– Jesteś wielkim łobuzem – ciągnęłam. – Który najwyraźniej jest tak bardzo niepewny swojej własnej pozycji, że musi poniżać innych. – Wykrzywiłam usta w złośliwym uśmieszku. – I stanowczo nie jesteś kimś, kim chciałabym sobie zawracać głowę.

– O kurwa – szepnął ktoś za mną. Spojrzałam za siebie, na tłum, który zgromadził się wokół mnie. Wszystkie okoliczne wilki wyglądały na śmiertelnie przerażone. Odwróciłam się z powrotem i spojrzałam na mojego prześladowcę.

– Więc tak wszystkich tutaj przerażasz? – wyprostowałam się. – Czym ty jesteś, jakimś księciem?

Ten cały Max spojrzał na mnie z góry. Jego ciało zdawało się całkowicie przytłaczać moje.

– Jestem Maximus Wolfham. Dziedzic rodu Wolfhamów – wypluł.

Wolfham. Wolfham. Wolfham.

Dlaczego to nazwisko brzmiało tak znajomo?

– Och – wyrwało mi się pod nosem. Kolejne „och” do mojej kolekcji. Ten mężczyzna był jednym z potencjalnych kandydatów na męża, których wybrała dla mnie moja matka. Był dziedzicem kolejnego z największych wilczych rodów.

A teraz patrzył na mnie, jakbym nasikała mu do płatków.

– Och – przedrzeźniał mnie. Przecisnął się obok mnie, uderzając swoim ramieniem w moje. Poczułam ten sam elektryczny dreszcz przepływający przeze mnie, co wczoraj, gdy mnie staranował.

– Mówiłem poważnie wczoraj, człowieku – rzucił przez ramię Maximus. Znów to słowo. – Schodź mi, kurwa, z drogi.

Poszłam za nim przez salę gimnastyczną. Zatrzymał się w grupie ludzi i odwrócił przodem do mnie. Jego przyjaciele rozmawiali obok niego, ale on był zbyt zajęty rzucaniem mi morderczych spojrzeń. Jęknęłam.

Tyle z nie rzucania się w oczy, pomyślałam.

– Cisza, cisza, cisza! – przez salę przetoczył się donośny głos. Z kantorka obok sali wyłonił się mężczyzna, z wyglądu i stroju ewidentnie trener. – Koniec pogaduszek. Dziś mierzymy czas biegu. Zróbcie mi okrążenie rozgrzewkowe, a potem Maximus i Petyr poprowadzą rozciąganie.

Bez drugiego polecenia cała grupa ruszyła na bieżnię. Pobiegłam za nimi, trzymając się na tyłach grupy. Petyr musiał być tym wschodnioazjatyckim mężczyzną asekurowanym przez Maximusa, bo obaj wysunęli się na prowadzenie. Z trudem dotrzymywałam kroku.

Oddech uwiązł mi w gardle, gdy spojrzałam przez bieżnię i zobaczyłam, jak Maximus i Petyr zerkają na mnie zimnymi jak głaz spojrzeniami. Świetnie, pomyślałam. Kolejny wróg.

Petyr również był przystojny. Ale nie dorównywał Maximusowi. Mimo tego, jak chamsko się wobec mnie zachowywał, nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że jest niesamowicie atrakcyjny.

Dokończyliśmy okrążenie rozgrzewkowe w ogonie grupy, po czym podzieliliśmy się na rzędy do rozciągania. Wylądowałam obok kobiety z długimi czarnymi włosami, na którą wpadłam na początku dnia.

Zadbała o to, by przypomnieć mi, że mnie nie lubi, omal nie uderzając we mnie ciałem za każdym razem, gdy się obracaliśmy.

Kiedy rozciąganie dobiegło końca, uformowaliśmy półkole wokół trenera. Stał na przedzie z podkładką z klipsem w dłoni. Nabazgrał coś długopisem, westchnął i wsunął podkładkę pod ramię.

– Dobra, jestem Trener Wells – westchnął. Zachowywał się tak, jakby był śmiertelnie znudzony. – Dzisiaj robimy bieg. Dla was, pierwszoroczniaków. To dwadzieścia okrążeń wokół bieżni w mniej niż czterdzieści pięć minut.

Dwadzieścia okrążeń? Dziesięć mil? W mniej niż czterdzieści pięć minut???

Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła.

Trenowałam bieganie w liceum.

Byłam przyzwoitą sprinterką na krótkie dystanse. Mila była moim chlebem powszednim. Nigdy nie przebiegłam więcej niż pięć mil, a co dopiero dziesięć. Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze wygląda na spanikowanego. Nikt nie wydawał się wzruszony. Odwróciłam się z powrotem do Trenera. Napotkał moje spojrzenie i dostrzegł panikę na mojej twarzy.

– A teraz, jeśli nie zrobicie dwudziestu – odezwał się. – Nie zostaniecie wyrzuceni. Ale będziecie musieli brać udział w treningach uzupełniających, dopóki nie zdacie. Ideał to dwadzieścia, ale jeśli dacie radę dobić do piętnastu, ominą was dodatkowe zajęcia. Celujcie w dwadzieścia. Powyżej piętnastu jest w porządku. Zrozumiano?

Wszyscy wokół mnie pokiwali głowami. Piętnaście. Byłam w stanie zrobić piętnaście okrążeń. To było siedem i pół mili. Tylko o dwie i pół więcej niż moje maksimum. Całkowicie do zrobienia.

Trener kazał wszystkim ustawić się na bieżni. Była na tyle szeroka, że staliśmy w rzędach po trzy osoby. Przede mną stała kobieta o białoblond włosach i błyszczących, fioletowych oczach. Przed nią stała dziewczyna, której jeszcze nie poznałam. Blondynka powoli się odwróciła i posłała mi półuśmiech, po czym wyszeptała pod nosem życzenie powodzenia. Wtedy rozległ się gwizdek Trenera i ruszyliśmy.

Wszyscy przede mną wystartowali w karkołomnym tempie. Ja zawahałam się na starcie, wstrząśnięta faktem, że ktoś faktycznie był dla mnie miły. Próbowałam dotrzymać im kroku, ale czułam, jak moje płuca się nadwyrężają, więc powróciłam do dawnego rytmu, którego wyuczyłam się w liceum.

Prawa, lewa, prawa, lewa.

Powrót do mechaniki biegu przyszedł mi z łatwością. W liceum to była moja ucieczka. Na bieżni nie było sierot ani dzieci bez rodziców. Byłaś tylko ty i czerwona bieżnia. Oceniano cię na podstawie tego, jak szybko potrafisz biec. A ja potrafiłam biec szybko.

Wykręcałam właśnie dziesiąte okrążenie, gdy trener krzyknął, że zostało dziesięć minut. Pchnęłam moje nogi do mocniejszej pracy. Pięć okrążeń w dziesięć minut. Nie było to niewykonalne. Czułam, jak moje nogi zaczynają umierać, gdy przyspieszałam coraz bardziej i bardziej. Pokonałam zakręt mojego czternastego okrążenia i przeszłam w sprint. Nie miałam pojęcia, ile czasu zostało, ale wiedziałam, że muszę się wykazać.

Przemknęłam obok tłumu wilków, które zdążyły już skończyć, pracując mocniej rękami i nogami. Pot spływał mi po karku, gdy powtarzałam w głowie swoją mantrę.

Udowodnij. Udowodnij to. Udowodnij im, że jesteś warta tego, by tu być!

Przekroczyłam półmetek okrążenia, gdy moja dusza została zmiażdżona. Gwizdek trenera rozległ się echem po bieżni i wypalił się w moich uszach.

– Czas minął! – krzyknął. – Smith! – wywołał moje ludzkie nazwisko, a ja zatrzymałam się, opadając z sił, niemal wypluwając płuca. – Idziesz na zajęcia uzupełniające!

Przeszłam z powrotem przez bieżnię i stanęłam obok kobiety o białoblond włosach. Posłała mi mały, smutny uśmiech.

– To było naprawdę imponujące – powiedziała cicho. – Zazwyczaj pozbawieni wilka nie przebiegają więcej niż dziesięciu okrążeń.

– Dzięki – wykrztusiłam. – Czy komuś jeszcze się nie udało?

Przygryzła wargę, co było natychmiastową odpowiedzią na moje pytanie. Świetnie. Jęknęłam i osunęłam się na ziemię.

Jakaś stopa kopnęła moją piętę, wytrącając mi ją spod nóg i sprawiając, że przewróciłam się na ziemię. Spojrzałam wściekle na napastnika. Był to, oczywiście, Maximus.

– Jedyna w tym roku, która nie ukończyła biegu – zakpił. – I to pozbawiona wilka. Nie wmówisz mi, że to nie przez to.

Podniosłam się z ziemi i stanęłam z dumnie wypiętą klatką piersiową.

– Nie mam wilka, a mimo to byłam wystarczająco blisko, by prawie ukończyć ten wasz głupi bieg.

– Prawie – powtórzył Maximus z zadowolonym z siebie, złośliwym uśmiechem. – Czyli jednak ci się nie udało. – Zaśmiał się cicho i odwrócił się ode mnie.

– Boże – syknęłam. – Nienawidzę go.

– On z pewnością nie darzy cię sympatią – zamyśliła się blondynka.

Jęknęłam i przetarłam dłonią twarz.

– Dzięki – rzuciłam.

Może to dlatego, że wie, że jesteś dziedziczką Luny? – odezwał się cienki głosik z tyłu mojej głowy.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 3: Rozdział 3: Dziedzic Luny - Odrzucając moich czterech Alf: Sekretna Księżniczka | StoriesNook