languageJęzyk

Rozdział 4: Potencjalni mężowie

Autor: Aeliana Moreau 28 mar 2026

Nie może wiedzieć, pomyślałam. Chyba, że dostał te informacje od kogoś spoza Akademii Alfów. Nikt tutaj nie wiedział, kim byłam.

– Dobra, do diabła z tymi waszymi pogaduszkami dzieciaki! – krzyknął Trener. – Chcecie w ogóle powalczyć?

W grupie rozległy się krzyki, wiwaty i okrzyki entuzjazmu. Osobiście miałam ochotę wczołgać się do jakiejś dziury i umrzeć. Sparing?

– Smith! – Głos trenera wyrwał mnie z zadumy. Loren potrząsnęła mną delikatnie. Zdałam sobie sprawę, że na mojej twarzy malował się grymas, więc posłałam jej delikatny uśmiech.

– Iiiiii... – Trener spojrzał w dół na swoją podkładkę. – Wolfham.

Świetnie.

Po prostu wspaniale.

Teraz Maximus zamierzał skopać mi tyłek i napawać się tym przez całą wieczność. Spojrzałam przez matę treningową i zobaczyłam, że już na mnie czeka. Szyderczo pomachał palcami, a ja poczułam, jak na moją twarz wraca grymas. Mocnym krokiem podeszłam do maty i przyjęłam przed nim postawę obronną.

– Miejmy to już z głowy – westchnęłam.

Maximus uśmiechnął się jak kot.

– Z przyjemnością.

Wyprowadził pierwszy cios, który udało mi się zablokować przedramieniem. Zabolało jak diabli, wywołując u mnie syk bólu. Gdy próbowałam poprawić pozycję, wyprowadził podcięcie, a ja wylądowałam na tyłku. Jęknęłam i szybko przetoczyłam się z powrotem na nogi. Miałam wrażenie, jakby uderzył w moją kostkę metalowym prętem.

Spojrzałam na niego, po raz kolejny przyjmując pozycję. Marszczył nos.

– Cuchniesz człowiekiem – syknął. – Przebywałaś kiedykolwiek wcześniej w pobliżu wilka?

– Tak – odrzuciłam szybko, tym razem to ja wyprowadzając pierwszy cios. – To znaczy, nie. – Poprawiłam się. Obawiałam się, że się zdradzę.

– Tak czy nie? – odezwał się Maximus leniwym tonem. Wyprowadził podwójny cios prosty, który dwa razy wylądował na moim przedramieniu. Stęknęłam przyjmując siłę tych uderzeń.

– Nie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, uderzając ponownie. Zablokował mój cios przy swoich żebrach, a potem wykorzystał to do kontrataku, lądując pięścią w moim brzuchu. Znów wylądowałam na tyłku. Prychnęłam z irytacją i zdmuchnęłam z twarzy zbłąkany kosmyk włosów. – Dorastałam wśród ludzi – udało mi się wykrztusić, gdy próbowałam zahaczyć stopą o tył jego łydki i powalić go na ziemię.

Ledwie drgnął.

Wydałam z siebie okrzyk frustracji, po czym przetoczyłam się i z powrotem stanęłam na nogi. Tym razem zaatakował mocniej. Jego słowa jednak wciąż brzmiały równie leniwie, jak wcześniej.

– Wychowana przez ludzi? – dopytywał. Rzucił sierpowy. Z trudem go zablokowałam. Robiłam się niechlujna. – Nic dziwnego, że nie masz szacunku do Wyższych Stad... – Kolejny sierpowy, ledwie mija mój policzek. – ...Choć jaki wilk porzuciłby swoją córkę? – Kolejny cios, który wylądował na moim ramieniu i zmusił mnie do krzyku.

– Widocznie byłaś ogromnym rozczarowaniem...

Cios. Cios. Blok. Pudło. Zachwiałam się, cofając do tyłu.

– Zastanawiam się, jaki wilk jest bez swojego wilka w tak podeszłym wieku?

Kopnięcie w udo. Moje kolano uderzyło o ziemię.

– Po prostu przyjmij to do wiadomości, jesteś nikim. Nawet twoi rodzice cię nie chcieli.

Kolejny cios. Tym razem ląduje na moim policzku.

Gniew we mnie zapłonął. Poczułam, jak ogarnął mnie ogień o intensywności, jakiej nigdy wcześniej nie czułam. Krzyknęłam wściekle wyrzucając rękę w stronę Maximusa. Przeciągnęłam paznokciami po jego bicepsie, a on zatoczył się do tyłu.

Powoli patrzyłam, jak strużka krwi zbiera się w jedną linię, po czym spływa po wewnętrznej stronie jego ramienia. Maximus wyglądał na zszokowanego. Przejechał palcem wskazującym po rozcięciu, rozmazując krew. Mruknął pod nosem, uciekając wzrokiem w dal.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że wszyscy patrzą na nas zszokowani. Nikt nie spodziewał się, że wyrządzę krzywdę Maximusowi. Powoli wstałam i spojrzałam Maximusowi w oczy.

– Udowodnię wam, że tu pasuję – powiedziała powoli. – A kiedy to zrobię, oczekuję tych cholernych przeprosin.

Z tymi słowami odwróciłam się i zeszłam z maty kierując się do szatni.

Szybko wzięłam prysznic, zanim reszta zdążyła się zjawić. Blondynka, która wcześniej ze mną rozmawiała, wpadła na mnie w drodze do wyjścia. Złapała mnie za rękę i pociągnęła na zewnątrz, uciekając z szatni.

– Nie wierzę, że to zrobiłaś! – krzyknęła szeptem. – Nikt nigdy nie zdołał doprowadzić Maximusa do krwawienia. A co dopiero ktoś pozbawiony wilka!

– Taa – zaśmiałam się wpół. – Ja też nie. Po prostu coś we mnie wstąpiło.

– Swoją drogą, jestem Loren – powiedziała. Obdarzyła mnie delikatnym uśmiechem. – Wygląda na to, że potrzebujesz przyjaciela.

– Oj tak – mruknęłam. Czułam się tak bardzo nie na swoim miejscu. Czułam na sobie czyjś wzrok, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Na tę myśl mój brzuch głośno zaburczał. Zatrzymałam się i spojrzałam na Loren.

– Ee, dostajemy tu obiad?

Loren zaśmiała się.

– Oczywiście – powiedziała. – Chcesz wpaść na stołówkę?

– Błagam – odparłam.

Loren zaprowadziła mnie na stołówkę obok sali gimnastycznej. Powiedziała, że na terenie kampusu jest kilka miejsc, w których mogę coś zjeść. Była nawet restauracja ze stekami. Pokręciłam z podziwem głową. Nie sądziłam, bym kiedykolwiek była w takim miejscu. Z całą pewnością nie był to mój pierwszy wybór, gdy w sierocińcu nie miałam ani grosza.

Weszłyśmy do dużej stołówki obok sali i natychmiast poczułam się przytłoczona. Był tam każdy rodzaj kuchni, o jakim kiedykolwiek słyszałam, a także takie, o których pojęcia nie miałam. Wszystko było soczyste, jasne i pełne zieleni. Loren pognała w stronę czegoś, co nazywało się „stacją sushi”, podczas gdy ja pomaszerowałam wolnym krokiem w stronę stacji z kanapkami.

Wzięłam sobie to co zwykle – indyka na białym pieczywie z musztardą i wodę. Byłam niesamowicie odwodniona i wyczerpana po porannych Podstawach i rozważałam wzięcie sobie też odrobiny sushi, z którym paradowała Loren. Bóg jeden raczy wiedzieć, że mojemu ciału przydałyby się kalorie.

Zamiast tego, zostałam przy mojej kanapce i podeszłam do kasy. Próbowałam wygrzebać z ubrań jakąś gotówkę, ale kasjer powiedział, że wszystko jest uregulowane. Podał mi paragon, na którym widniało moje saldo konta, a uśmiech znikł mi z twarzy.

Victoria zdeponowała na moim koncie znacznie więcej, niż potrzebowałam. Może mogłam jednak wziąć to sushi? Zamiast tego poczekałam, aż Loren zapłaci, po czym przeszłam się z nią, by znaleźć wolny stolik.

Kiedy się rozglądałyśmy, drzwi stołówki otworzyły się z hukiem i do środka wkroczył pewnym krokiem Maximus. Podążało za nim dwóch innych mężczyzn. Obaj byli równie zwalistymi kolosami. Mężczyzna po jego prawej stronie miał na twarzy nieustanne zagniewanie. Miał ciemnobrązowe włosy i nieco jaśniejszą skórę niż Maximus, gęsto usianą piegami. Stanowiło to dziwne zestawienie w stosunku do jego zachowania.

Drugiego z nich natychmiast rozpoznałam. Nazywał się Thorne Blythwitch. Kręcił się po zamku, kiedy ja tam byłam. Victoria powiedziała mi, że pewnego dnia będzie moim rycerzem. Wtedy to zignorowałam, ale teraz stał tutaj.

I nie miał pojęcia, kim jestem.

Dolne partie jego jasnobrązowych włosów były wygolone. Górna część została ufarbowana na blond i spięta z tyłu w mały kucyk odsłaniający twarz. Miał ostro zarysowaną szczękę oraz odrobinę zarostu nad i pod wargami. Jego wyraz twarzy pozostawał obojętny, dopóki mnie nie dostrzegł. Zatrzymał się i przyglądał, jak przechodzę z utkwionym we mnie spojrzeniem.

Odwzajemniłam spojrzenie, nie zwalniając kroku. Nagle na coś wpadłam, a moja kanapka z hukiem zsunęła się z tacy, zostawiając za sobą smugę musztardy. Uderzyła o coś z plaśnięciem, na co zjeżyłam się i mocno zacisnęłam powieki.

Gdy powoli je uchyliłam, Maximus patrzył na mnie z góry z mordem w oczach, a cała jego biała koszula ufajdana była musztardą.

– Oj, już po niej – usłyszałam za plecami.

Chciałam odwrócić się i rzucić mordercze spojrzenie temu, kto to powiedział, ale mój wzrok był skupiony na Maximusie. Powoli przejechał dłonią w dół po przodzie swojej koszuli i część musztardy z plaskiem spadła na ziemię. Reszta pokryła jego dłoń. Spojrzał na mnie, przeszywając mnie swoimi złotymi oczami. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale mi przerwano.

– Ja pierdolę! – krzyknął ktoś stojący tuż obok. Rzuciłam tam spojrzenie. To był ten piegowaty mężczyzna z ciemnobrązowymi włosami. Jego gniewny grymas stał się z jakiegoś powodu jeszcze bardziej zawzięty.

– Patrz, kurwa, jak łazisz! – warknął. – Nigdy w życiu nie widziałem tak nierozgarniętej osoby.

Maximus mruknął cicho, zerkając w dół na swoją umazaną musztardą dłoń.

– Może gdyby nie lustrowała Thorne'a z góry na dół, uważałaby bardziej – rzucił. Po czym ponownie przeniósł na mnie wzrok. – Choć, powinienem był się spodziewać takiego zachowania po pozbawionym wilka człowieku.

Znów to cholerne słowo.

– Ach, rozumiem – syknął piegowaty mężczyzna. – To ta idiotka, która zdecydowała się okaleczyć cię na Podstawach?

Okaleczyć? Czyżbym zraniła go aż tak mocno? Zbyt zajęta rozmyślaniem o własnej sile, nie zorientowałam się, że piegowaty mężczyzna zbliżył się do mnie. Był niesamowicie wysoki, wyższy od Maximusa. Cała jego istota spowiła moją w cieniu, co ujawniło, kim tak naprawdę byłam.

Mrówką pośród gigantów.

Wściekłych gigantów.

– Posłuchaj mnie, dziewczyno – warknął mężczyzna.

– Kairos – ostrzegł Thorne. Choć tak naprawdę w jego tonie nie było żadnego ostrzeżenia. Jeżeli już, to brzmiał na znudzonego.

Kairos.

To imię też znałam.

Jasna cholera, czy wszyscy trzej z tych mężczyzn mieli być moimi potencjalnymi mężami?

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4: Potencjalni mężowie - Odrzucając moich czterech Alf: Sekretna Księżniczka | StoriesNook