languageJęzyk

Rozdział 5: Polowanie

Autor: Aeliana Moreau 28 mar 2026

Typowa Victoria – musiała wynaleźć absolutnie najgorszych możliwych mężczyzn. Chociaż to właściwie doskonale pokrywało się z tym, jak traktowała mnie przez całe moje życie.

Dokładnie, ona nigdy cię nie kochała – powiedział głos w mojej głowie.

Odpieprz się – rzuciłam mu w odpowiedzi.

Wtedy poczułam siłę zaciskającą się na moim bicepsie. Wyrwałam się z wewnętrznego monologu. To dłoń Kairosa owinęła się wokół mojego ramienia z miażdżącą siłą, która z pewnością zostawi siniaki. Cicho jęknęłam.

– Słuchaj mnie – warknął. – Zdaje się, że niewiele wiesz o kulturze wilkołaków. Pewnie dlatego, że nikomu na tobie nie zależało na tyle, żeby cię nauczyć... – Jego usta wykrzywiły się w sadystycznym uśmiechu. – ...ale jesteś w obecności przyszłego króla. Żądamy szacunku. Może gdybyś nam go okazała, puścilibyśmy cię z pouczeniem.

Szarpnęłam się do tyłu, próbując się uwolnić, ale nie przesunęłam się ani o cal. Uniosłam brew.

– A jak niby mam to zrobić?

– Uklęknij – wypluł.

Rozejrzałam się. Wszyscy patrzyli. Cała szkoła dowiedziałaby się, jak bardzo potulną dziwką jestem, gdybym nie postawiła się temu idiocie. Wycieraliby mną podłogę przez całą resztę mojego pobytu tutaj. Musiałam natychmiast pokazać charakter i zaznaczyć swoją dominację.

– Nie – warknęłam w odpowiedzi.

Jego oczy również były złote, ale znacznie ciemniejsze, bardziej gniewne niż te Maximusa.

– Za kogo ty się uważasz? Za księżniczkę?

Cóż, najwyraźniej tak, odezwał się głos w mojej głowie.

Nie pomagasz...

– Nie znoszę tyranów – prychnęłam pogardliwie w jego stronę. – A ty, co widać jak na dłoni, nim jesteś. Więc mnie puść i spadaj.

Kairos rzucał mi mordercze spojrzenia, jego nozdrza falowały. Cała jego twarz trzęsła się z wściekłości. Szkoda; gdyby nie był tak porywczy, może i byłby przystojny. W końcu puścił moje ramię i odepchnął mnie od siebie.

Wydałam z siebie głuche stęknięcie, lądując na klatce piersiowej Loren. Kairos nadal wlepiał we mnie gniewne spojrzenie, aż w końcu odwrócił się i przemówił do zgromadzonego tłumu. Jego chory uśmiech powrócił.

– Mamy nasze pierwsze polowanie! – ogłosił. Tłum zawył z entuzjazmem, a ja poczułam w piersi tak głęboką panikę, że aż mną zatrzęsło. – Wygrywa ten, kto pierwszy zmusi ją do uległości – kontynuował. Po czym znów na mnie spojrzał. – Dodatkowe punkty, jeśli po drodze ją powalicie.

Moje oczy rozszerzyły się pod wpływem jego słów, po czym natychmiast przeniosłam wzrok na tłum na stołówce. Wszyscy zerwali się na nogi i powoli, milimetr po milimetrze, zmierzali w moją stronę. Część z nich warczała, a inni węszyli w powietrzu próbując podłapać mój zapach.

– Zoro – szepnęła za mną Loren. – Musisz uciekać.

– To na nic – odrzuciłam. – Jako ludzie są szybsi ode mnie, a co dopiero jako wilki.

– Do cholery, po prostu spróbuj! – Loren pchnęła mnie w stronę wyjścia ze stołówki. Potknęłam się nieco i usłyszałam śmiech Kairosa. Powoli cofałam się w stronę drzwi, nie spuszczając z oczu ludzi przede mną. Zbliżali się coraz bardziej. Moja dłoń trafiła wreszcie na metalową klamkę, pociągnęłam ją gwałtownie i rzuciłam się do sprinterskiego biegu.

Moje nogi, wciąż do cna wyczerpane po porannym biegu, były w fatalnym stanie. Czułam protest każdego mięśnia, zmuszając się do pełnej prędkości. Nie miałam pojęcia, dokąd biegnę, i parłam przed siebie, słysząc za sobą wycie. Nie mogłam się zatrzymać, żeby zobaczyć, jak blisko są i tym samym ryzykować utratę tempa.

Dawałam z siebie wszystko, moje płuca i uda płonęły, dopóki coś wielkiego nie zajechało mi drogi, zmuszając mnie do gwałtownego zatrzymania się. Potężny wilk, o jarzących się purpurowych oczach i szarym futrze, stanął przede mną. Kłapnął szczękami, a ja gwałtownie skręciłam w innym kierunku.

Biegłam dalej, aż kolejny wilk odciął mi drogę, tym razem rudobrązowy ze złotymi oczami. Znów dokonałam zwrotu i pobiegłam w stronę jednego z budynków. Przy wejściu dopadł mnie trzeci wilk, więc wykonałam unik i wbiegłam do tylnej alejki. Moje serce omal nie wyskoczyło mi z piersi.

W końcu zgięłam za róg, spodziewając się ucieczki, ale natrafiłam na ślepy zaułek. Stał tam płot wysoki na tyle, co dwie ułożone na sobie wysokości mojego wzrostu.

– Kurwa! – krzyknęłam. Wycie i warczenie dobiegało coraz bliżej. Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z czterema wilkami, z nastroszoną sierścią i obnażonymi kłami. Z przodu stała potężna, jasnowłosa wilczyca, która nerwowo krążyła tam i z powrotem.

– Poddaj się! – warknęła. – Przeproś! – Miałam wrażenie, że słyszę jej głos wewnątrz własnej głowy. Jej słowa odbijały się od ścianek mojej czaszki. Byłam zszokowana. Wilki potrafiły mówić?

– Bo co? Zjesz mnie? – zapytałam. Próbowałam pokazać po sobie jak najmniej strachu, mimo że cała trzęsłam się w środku. – Jeśli Kairos chce zagrać w tę swoją małą gierkę, to skończy się ona dopiero, gdy ja o tym zdecyduję.

Pysk jasnej wilczycy wykrzywił się w uśmiechu.

– Powodzenia.

Wtedy zaatakowali. Natychmiast zaczęłam wyprowadzać kopnięcia i ciosy, żeby ich odeprzeć. Wbiłam palce w krawędzie płotu i podciągnęłam się, z dala od ich pysków. Kłapali zębami tuż pod moimi stopami i zaczęli podnosić się na tylnych łapach. Wykorzystałam to jako swoją szansę i z rozmachem opuściłam stopy na czubek głowy szarej wilczycy.

Zaskamlała, gdy poczuła na głowie pełną siłę mojego ciężaru. Odbiłam się i wystrzeliłam w powietrze. Machałam przez chwilę rękami i nogami, po czym chwyciłam się szczytu płotu i przerzuciłam przez niego resztę ciała. Opadłam na ziemię po drugiej stronie, podczas gdy wilki po przeciwnej warczały wniebogłosy.

Mój tyłek był boleśnie obity, ale jakoś doczłapałam z powrotem na równe nogi. Próbowałam ponownie przejść w pełny sprint, ale wyszło mi jedynie kuśtykające bieganie.

– PIEPRZCIE SIĘ, SUKI! – krzyknęłam przez ramię.

Wybiegłam z alejki i usłyszałam kolejne wyjące wilki. Kurwa, potrafią przekazać sobie, że uciekłam? Nie pozwoliłam sobie myśleć o tym zbyt długo. Skupiłam się na znalezieniu miejsca, w którym mogłabym się ukryć. Biegłam przed siebie, gdy nagle jakaś siła brutalnie się ze mną zderzyła.

Mój świat zawirował, a ja w końcu uświadomiłam sobie, że to może być mój koniec.

Zamrugałam kilka razy, żeby pozbyć się plam z zamglonego pola widzenia. Moja głowa pulsowała tak, jakby przejechał po niej autobus. Chwiejnie stanęłam na nogi. Jakaś dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Próbowałam ją strzepnąć, gdy spojrzałam na osobę, do której należała.

Oczywiście, był to Maximus.

– Puść mnie – syknęłam.

– Daj spokój, mały człowieczku – rzucił kpiąco. – Po prostu się poddaj. Bądź uległa i uznaj fakt, że jesteś w tej szkole nikim.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki