Następnego ranka Lyra i ja wstajemy jako pierwsze. To rześki zimowy poranek; przez okno pokoju Lyry w piramidzie widzę szron na ziemi. Biorę ją na ręce, przebieram w dzienne ubranka i karmię. Robię jej trochę musu jabłkowego. Zazwyczaj to jej ulubione danie. Dziś jednak podchodzi do niego z dziwną rezerwą. Potem wkłada w niego całą piąstkę i pcha ją do buzi, piszcząc i próbując do mnie przemówić.






