***Hazel***
Zjedliśmy śniadanie bliżej południa, chociaż określenie „śniadanie” to pewnie zbytnia wspaniałomyślność, zważywszy na to, jaki mieliśmy poranek. Ledwo mogłam ustać bez krzywienia się z bólu. Moje uda rwały, a gardło było zdarte od wyjękiwania jego imienia w pościel. Mimo to czułam się lekko — jakby powietrze wokół nas się oczyściło i zostało tylko to ciężkie, przyprawiające o zawrót gł






