Rozdział 5: Co do cholery, Hazel!
– Zaczyna się – mruknęłam.
Victor zgasił silnik, a następnie odwrócił się do mnie.
– Gotowa?
– Nie.
Wyciągnął ramię. Chwycił moją dłoń. Mocno, ciepło, stabilnie.
– Nie jesteś sama.
Po czym wsunął mi coś na palec.
Pierścionek zaręczynowy.
Gigantyczny pierścionek zaręczynowy z ogromnym, niebieskim kamieniem pośrodku.
Zerknęłam na niego, a na jego twarzy malował się ten sam co zawsze zuchwały uśmiech.
– Zapomniałaś o tym kluczowym elemencie historii.
Z rozdziawionymi ustami wpatrywałam się w to cudo, które było chłodne w dotyku z moją skórą.
– Jasna cholera. Skąd to wziąłeś?
Gorączkowo rozejrzałam się w poszukiwaniu jakiegoś pudełka, ale żadnego nie było.
– Nie ma znaczenia. Ważne, żebyśmy to idealnie rozegrali i wrócili do Philly tak szybko, jak to możliwe. Zrozumiano?
Moje gardło się ścisnęło. Skinęłam raz głową.
Wyszliśmy razem z samochodu.
Victor podszedł do mnie z mojej strony i położył dłoń na moich plecach, prowadząc mnie niczym człowiek, który robił to tysiące razy. Nie miał już okularów przeciwsłonecznych, za to na jego ustach błąkał się uśmieszek.
Był teraz mierzącym metr dziewięćdziesiąt chodzącym chaosem i uosobieniem skrojonej na miarę pewności siebie.
Wszystkie chórem wciągnęły powietrze.
Nora pisnęła: – Boże, ależ on jest gorący.
Tess wrzasnęła: – Wygląda jak młody Brendan Fraser!
Ciocia Martha wyszeptała: – Panie, miej litość.
Moja mama zamrugała dwukrotnie. – Jest… wyższy, niż się spodziewałam.
Szczęka Piper z trzaskiem się zamknęła. Krew całkowicie odpłynęła z jej twarzy.
Wyglądała, jakby zobaczyła ducha.
Victor stał u mego boku, gdy wymieniałam uściski i pocałunki ze wszystkimi, których nie widziałam od zeszłego roku.
– Cześć wszystkim – powiedziała słodkim tonem. – To jest Victor Sterling. Mój narzeczony.
Victor wyciągnął rękę do mojej matki. – Tak się cieszę, że w końcu mogę panią poznać.
To „pani” podziałało na moją mamę, bo wyglądała na nieco zdezorientowaną.
– Proszę, mów mi Celia. – Zarumieniła się.
Piper postąpiła krok do przodu, a jej głos brzmiał na napięty. – Nie mówiłaś, że to… on.
Victor przechylił głowę. – Nie mówiła, że jesteś aż taką blondynką.
Cisza wręcz dzwoniła w uszach. Czy ja o czymś nie wiem?
Caleb odchrząknął, po czym podszedł bliżej z rękami wsadzonymi do kieszeni. – Dobrze cię znowu widzieć, Haze. – Powiedział, po czym wciągnął mnie w niespodziewany uścisk.
Wyrwałam się i zrobiłam kilka kroków w tył, by stanąć obok Victora. – Wzajemnie.
Jego brązowe oczy wpatrywały się w Victora i we mnie intensywnie, po czym wyciągnął w jego kierunku dłoń, wypinając przy tym lekko klatkę piersiową.
– Caleb Mercer, miło mi cię wreszcie poznać. W osobie. – Uśmiechnął się złośliwie.
Odpowiedź Victora w mgnieniu oka zmyła zuchwały uśmieszek z jego twarzy.
– Jesteś o wiele mniejszy, niż to sobie wyobrażałem. – Victor zmrużył oczy, mierząc go wzrokiem jak maleńki okaz na wystawie.
Nora wybuchnęła śmiechem, po czym wciągnęła Victora w ramiona. – Cześć, jestem Nora. Starsza siostra Hazel. – Wskazała na małą Mię, która wciąż stała obok mamy. – A to jest moja córka, Mia.
Victor posłał jej uśmiech — taki prawdziwy, szczery. – Miło mi cię wreszcie poznać, Noro. Na żywo jesteś o wiele ładniejsza. Haze mówiła mi o tobie wiele dobrego.
Nora oblała się pąsem.
Pomachał nieśmiałej Mii. – Cześć, Mia!
Victor przywitał się uściskami i uciął sobie pogawędkę z moimi ciotkami i, jak dotąd, radził sobie świetnie.
Bardzo zrelaksowany i przekonujący.
Piper stała z boku z założonymi rękami i wargami wykrzywionymi w grymasie. O co jej chodzi?
– Chodź, Victorze. Mój mąż wręcz umiera z niecierpliwości, by cię poznać. – Mama i ciocia Martha w zasadzie zaciągnęły Victora do środka, zostawiając mnie z Norą, Piper i Calebem.
– Pomogę ci wnieść bagaże – zaoferował Caleb.
– Nie, dziękuję. Dam sobie radę.
Wtrąciła się Piper. – Ja ci pomogę. Nora jest i tak zbyt leniwa, żeby to zrobić.
Nora zaśmiała się w odpowiedzi.
Piper podeszła z tupotem do bagażnika samochodu i zamiast wyciągnąć nasze walizki tak, jak powinna, złapała mnie za dłoń — konkretnie za tę z pierścionkiem zaręczynowym.
Spojrzała na swój, po czym na mój z szeroko otwartymi ustami.
– Jakim cudem dostałaś większy pierścionek od mojego? – Zajęczała.
– Mówisz poważnie, Pipes?
– Jak jasna cholera, że tak! Nie powinnaś mieć większego pierścionka od panny młodej! – Tupnęła nogą.
Caleb wtrącił się do rozmowy. – Kochanie, to nic takiego. Liczy się sam gest. – Wyszeptał, po czym złożył pocałunek na jej ustach. Wpatrując się przy tym we mnie.
Odwróciłam wzrok.
– Nic mnie to nie obchodzi! To jakaś katastrofa! Haze nie ma nawet najmniejszego pojęcia o pierścionkach, a mimo to dostała największy. Zrób coś, Caleb!
Jej twarz była czerwona jak burak i wyglądała tak, jakby za chwilę miała wybuchnąć płaczem.
– O rany. Myślałam, że ten etap mamy już za sobą. – Wyszeptała Nora.
– W porządku. Skoro chcesz większy pierścionek, to go dostaniesz. Daj mi chwilę, żebym pogadał z moim jubilerem i wymyślimy coś nowego. – Caleb próbował ją uspokoić.
Piper pokiwała energicznie głową w górę i w dół jak dziecko. Jej narzeczony przyłożył telefon do ucha i odszedł kawałek, bez wątpienia po to, żeby zadzwonić do jubilera.
– Nie masz już szesnastu lat, Pipes. Nie powinnyśmy kłócić się o rozmiary pierścionków.
Jej nozdrza zadrgały. – Nadal tak samo zarozumiała jak zawsze, Haze?
– Piper, wystarczy – zganiła ją Nora. – Pomóż jej wyjąć walizki z bagażnika.
– Bez obaw, zajmę się tym. – Victor wyłonił się znikąd.
Uśmiechnęłam się i cofnęłam, gdy on z łatwością wyciągnął ciężkie torby z bagażnika.
Gdy Victor chwytał nasze bagaże, Piper syknęła mi do ucha: – Naprawdę przyprowadzasz go na mój ślub?
Uśmiechnęłam się, nieco zbyt promiennie.
– Ty przyprowadziłaś Caleba.
– To mój mąż, przecież to jasne.
– No to jesteśmy już dwie.
Weszłam za Victorem do środka, trzymając go za rękę. Niewiele się tu zmieniło. No, poza faktem, że dosłownie sto magazynów o modzie walało się po salonie. Wszystkie dotyczyły sukien ślubnych.
– Gdzie jest tata? – Zapytałam mamę.
– W tej chwili ma spotkanie na Zoomie, ale dam ci znać, jak tylko skończy.
– Dobrze, mamo.
Piper i jej mąż wkroczyli do salonu, wyglądając jak kryminalna wersja Kena i Barbie.
Na mojej twarzy natychmiast wykwitł uśmiech.
– Piper, przywiozłam ci drobny prezent przedślubny… Początkowo nie byłam pewna, co ci kupić, skoro w zasadzie masz już wszystko. – Uśmiechnęłam się złośliwie. – Wtedy wpadłam na pomysł idealny.
Victor zachichotał. Brwi Piper zsunęły się do siebie.
– Co to takiego? – Zapytała z niepewnością.
– Chwileczkę. Zaraz to przyniosę.
Na środku salonu, w obecności mojej rozległej rodziny, rozpięłam walizkę i wyciągnęłam z niej ślubny prezent stulecia, zapakowany w eleganckie, czarne pudełko.
Wyciągnęłam rękę, a Piper odebrała ode mnie pudełko, pozbywając się swej wcześniejszej niepewności.
– Och, dzięki… Nie pomyślałam, żeby kupić ci cokolwiek – powiedziała z roztargnieniem, schylając się nad stołem z drewna wiśniowego.
Victor zerknął na mnie, doskonale wiedząc, co kryje się w środku.
Starałam się powstrzymać śmiech, kiedy ona z zapałem zaczęła rozrywać pudełko. Rozpoczęłam w myślach odliczanie, dopóki nie wybuchnie chaos.
Trzy…
Dwa…
Jeden…
– Co do cholery, Hazel!






