Dwa tygodnie później…
– Masz na sobie moją bluzę z kapturem – stwierdził Victor. – Kiedy ją ukradłaś?
– Nie ukradłam, tylko pożyczyłam. To dwie różne rzeczy. – Mruknęłam, zapinając pasy. – Jeśli zginę na tej wycieczce, powiedz wszystkim, że wyglądałam uroczo i pachniałam niesamowicie.
– Zrobię to. Jesteś pewna, że zabrałaś wszystko? – Zapytał, sadowiąc się na fotelu kierowcy.
– Lęk? Odhaczone. Przekąski ratunkowe? Odhaczone. Sukienka, o której moja siostra twierdzi, że jest dla mnie „za dobra”? Potrójnie odhaczone. – Wyliczałam na palcach.
– To był, nawiasem mówiąc, cios poniżej pasa. Nie wierzę, że naopowiadała ci to wszystko przez głupią sukienkę. Wszystko w porządku?
– Przeżyję. Mówiła mi już znacznie gorsze rzeczy.
– A co z tym najważniejszym? Masz to? – Victor odpalił swojego eleganckiego, czarnego Astona Martina. Jego okulary przeciwsłoneczne idealnie spoczywały na czubku głowy.
Uśmiechnęłam się szelmowsko. – Jeszcze jak.
Victor zaśmiał się, ruszając spod krawężnika. – Przypomnij mi, żebym nigdy z tobą nie zadzierał, Haze.
– Albo nie kupował ci prezentu ślubnego – dodałam.
– Nie musisz się tym martwić. Nigdy się nie ożenię. Przenigdy – podkreślił.
Przewróciłam oczami. – Wszyscy tak mówią. A potem bum, nagle są szczęśliwym małżeństwem z dwudziestką dzieci i tuzinem psów.
Prychnął. – Uroczy obrazek. Ale nie dla mnie.
Zmarszczyłam brwi. Znałam Victora od pięciu lat i po raz pierwszy o tym wspominał.
– Dlaczego?
– Niektóre rzeczy po prostu nie są pisane niektórym ludziom. Haze, spójrz na mnie, czy wyglądam ci na typa, który pasuje do tego obrazka? – zapytał, trzymając jedną rękę na kierownicy.
Przyjrzałam mu się uważnie. Od jego zielonych oczu, przez jabłko Adama, aż po kaszmirowy sweter w kolorze kości słoniowej i czarne spodnie. – Jasne.
Pokręcił głową. – Nie sądzę. Lubię swoje życie takim, jakie jest.
– Skoro jesteś antymałżeński, to po co jedziesz ze mną do Valcrest?
Zerknął na mnie, po czym przeniósł wzrok z powrotem na drogę. – Kto wie? Może to duch przygody. Może po nowe doświadczenia? Albo po prostu dlatego, że zrobiłbym dla ciebie wszystko.
Pozwoliłam, by te słowa do mnie dotarły. – Dlaczego nie chcesz wziąć ślubu? Ja wiem, że pewnego dnia, kiedy będę starsza, chciałabym się ustatkować. – Położyłam dłoń na klatce piersiowej.
– Zbliżasz się do trzydziestki, Hazel – zarechotał.
– Nadal mogę mówić „kiedy będę starsza”. Nie ma żadnej zasady, która by tego zabraniała trzydziestolatkom – zaoponowałam. – Poza tym nigdy nie podałeś powodu, dla którego wyrzekłeś się małżeństwa.
– Nie odkopujmy martwych ciał, kochanie.
Posłałam mu żartobliwe, gniewne spojrzenie. – I tak wyciągnę z ciebie tę historię, w ten czy inny sposób.
– Do tego czasu, kochanie. – Victor się uśmiechnął.
Po godzinie jazdy GPS oznajmił: „Kontynuuj jazdę drogą I-95 North przez 67 mil”.
Spojrzałam na niego z przechyloną głową. – Dobra. Czas na to.
– Na co?
Odwróciłam się dramatycznie na swoim siedzeniu, wyciągając telefon.
– Playlista na drogę. To święty rytuał. Pierwsza piosenka nadaje ton całości.
Victor uniósł brew.
– Jeśli puścisz Taylor Swift, wjadę do rzeki.
Sapnęłam.
– Cofnij to.
– Ty cofnij tę playlistę.
Siłowaliśmy się o mój telefon jak dzieci, a Victor nie chciał za wygraną oddać mi urządzenia. W pewnym momencie w połowie wspięłam się na jego kolana, próbując mu go wyrwać, chichocząc i piszcząc.
– Zniszczę cię, Sterling! – przysięgłam.
– Przez ciebie nas zatrzymają.
W końcu się poddałam, zdyszana i zarumieniona.
Oddał mi telefon z zawadiackim uśmiechem.
– Dobrze. Puszczaj te swoje hymny o złamanych sercach.
– Jasne, że puszczę.
Ustawiłam w kolejce dramatyczną piosenkę o zdradzie i byłych. Przez chwilę słuchaliśmy w milczeniu.
Potem zapytałam cicho: – Myślisz, że nam uwierzą?
Victor nie odpowiedział od razu.
Wreszcie rzekł: – Myślę, że jeśli nie będziemy ostrożni… sami możemy zacząć w to wierzyć.
Spojrzeliśmy na siebie…
Po czym wybuchnęliśmy śmiechem.
– Prawie mnie nabrałeś – zachichotałam.
\~~~~~~~~~
Jechaliśmy już od dwóch godzin. Rozmowa płynęła tak, jak zawsze z Victorem — swobodnie, znajomo, pełna ciętych żartów i długich okresów ciszy, które nigdy nie wydawały się niezręczne.
– Jesteś pewien, że chcesz to zrobić? – Zapytałam, gdy mijaliśmy znak „Witamy w Valcrest”. – Wciąż mamy czas, żeby zawrócić. Sfingować pożar samochodu. Powiedz, że się zatrułeś. Albo ja powiem, że mieliśmy fałszywy alarm ciążowy.
– Odwołałem seksowne wakacje dla tego czegoś – powiedział. – Nie mam zamiaru odwalać fuszerki, Haze.
– Jasne. Bo to przecież przedstawienie.
Nie odpowiedział od razu. Posłał mi tylko znowu to nieodgadnione spojrzenie… to, które sprawiało, że czułam się dostrzegana na sposoby, na które nie byłam jeszcze gotowa.
– To nie jest tylko przedstawienie, Haze – powiedział w końcu. – To początek bitwy.
Skinęłam głową. – Nie będą wiedzieli, co w nich uderzyło.
W chwili, gdy wjechaliśmy do Valcrest, poczułam ścisk w żołądku. Czat grupowy wciąż tętnił życiem.
Wyjrzałam przez okno na miejsca, które kiedyś znałam.
Ludzi, których kiedyś znałam.
Domy stawały się coraz bardziej znajome, bardziej domowe i coraz silniej uzbrojone w nostalgię i wspomnienia, które, jak myślałam, udało mi się skutecznie pogrzebać.
Zanim Victor skręcił w żwirowy podjazd mojego rodzinnego domu, moje dłonie już się pociły.
Czy naprawdę dam radę ciągnąć to przez cały tydzień?
– Haze? Wszystko w porządku? – Wyciągnął rękę i położył wolną dłoń na moim udzie.
Uśmiechnęłam się. – Oczywiście. Po prostu zasłuchałam się w muzyce.
Oboje obróciliśmy głowy w stronę domu. Ja z posępnym wyrazem twarzy. On z zaskoczeniem.
– Haze, jesteś pewna, że jesteśmy pod właściwym adresem?
Przełknęłam ślinę. – Tak.
Dom rodzinny Thorne'ów skrywał się na końcu krętego, wysadzanego drzewami podjazdu.
Ponadczasowy monument z kamienia, z bluszczem pnącym się po krawędziach niczym szepty starych tajemnic.
Dwa wysokie, ceglane kominy wieńczyły stromy, dwuspadowy dach, zwiastując huczące ognie ogrzewające wyłożone jedwabiem salony. Wysokie okna rozświetlone bursztynowym blaskiem, które wciąż lśniły jak miód o zmierzchu, wylewając złote światło na wypielęgnowane żywopłoty, które oskrzydlały główne wejście miękkim łukiem otulającym drewniane, podwójne drzwi wychodzące na otaczającą dom werandę z kutymi żelaznymi latarniami i polerowanymi dębowymi balustradami.
A wreszcie po lewej stronie rósł kwitnący krzew wiśni, którego różowe płatki na tle kamienia przypominały rumieniec, który nie blednie, bez względu na to, ile zim nadejdzie i odejdzie.
– Twój dom jest znacznie większy, niż to sobie wyobrażałem.
– Zapomniałam wspomnieć, że mój tata jest emerytowanym sędzią federalnym. – Przetarłam spoconymi dłońmi czarne spodnie dresowe.
– Pominęłaś ten moment, w którym miałaś mnie poinformować, że Thorne'owie mieszkają w fortecy.
Niemniej jednak Victor wjechał na żwirowy podjazd tak, jakby to miejsce należało do niego.
Komitet powitalny czekał już przy głównym wejściu.
Moja mama. Moja starsza siostra, Nora. Moje ciotki. Moja kuzynka, Tessa z Florydy. Moja mała siostrzenica. Piper ubrana od stóp do głów na biało.
I najgorszy ze wszystkich — pieprzony Caleb Mercer.






