To miejsce wyglądało jak wyjęte ze snu — od wewnątrz biło łagodne światło, a złociste refleksy mieniły się na szklanych ścianach i marmurowych kolumnach. Nie było tłumu, gwaru, ludzi wchodzących czy wychodzących. Żadnych zaparkowanych samochodów. Tylko cicha elegancja i słaby szmer muzyki dobiegający ze środka.
— Victorze — wyszeptałam, starając się patrzeć pod nogi. — Gdzie są wszyscy?
Uśmiechnął






