To był zwykły wtorek w biurze — lub tak „zwykły”, jak to tylko możliwe w miejscu takim jak Belmont & Associates. Telefony piszczały niczym wpadające w furię małe dzieci, opary kawy unosiły się w powietrzu jak klątwa, a niekończące się przekładanie akt brzmiało mniej jak produktywność, a bardziej jak fałszująca orkiestra mojego czystego nieszczęścia. Gdyby ktoś zamknął ten chaos w butelce i zaczął






