W przeciwieństwie do miękkiego zachmurzenia, które spowijało Valcrest, Filadelfia wyglądała, jakby płakała krwią.
Deszcz padał tak gwałtownie, że samo niebo wydawało się wściekłe – waląc w przednią szybę, w dach, w drogę. Wycieraczki zgrzytały tam i z powrotem, ledwo nadążając. Każdy błysk pioruna malował ulicę na srebrno na ułamek sekundy, po czym znów pogrążał nas w rozmytej ciemności.
Siedziała






