***Hazel***
Zatrzymaliśmy się przed czymś, co jak zgadywałam, było salą szpitalną mamy. Korytarz pachniał środkiem dezynfekującym i cytrynowymi chusteczkami – zapach ten był zbyt czysty, zbyt sterylny, by wydawał się prawdziwy. Moje dłonie były wilgotne, a w gardle czułam ścisk.
– Powinnam zapukać? – zapytałam Caleba, z dłonią zawieszoną już w powietrzu blisko drzwi.
Posłał mi spojrzenie, jakbym






