Marsen nie poruszył się, nie mrugnął – po prostu siedział skulony przy poszarpanej ścianie, wbijając te krwistoczerwone oczy w Dantego z wyrazem będącym mieszanką nienawiści i pogardy.
Jego skóra wyglądała niepokojąco, zbyt mocno naciągnięta na kościach, a żyły ciemne jak atrament pięły się po jego szyi.
Powietrze w jaskini zgęstniało, napierając na nich. Nawet pochodnie zdawały się przygasać, a i






