Godzina między tamtą chwilą a dźwiękiem małych stóp na korytarzu dłużyła się jak ciasto — elastyczna, lepiąca się, konieczna.
Jeszcze dwa razy mdłości wezbrały i opadły.
Raz zdrzemnęłam się na trzy oddechy i śniłam o trzcinach szepczących w języku, który miał zbyt wiele samogłosek.
Potem znów wślizgnęła się Aethel, z oczami łagodnymi w sposób, jaki rezerwuje dla rannych wilków i głupich chłopców.






