Sen odnalazł mnie szybciej niż księżyc.
Nie przyszedł łagodnie, jak inne. Wciągnął mnie w głąb — przez ciemność cuchnącą żelazem i zgnilizną, przez powietrze tak lodowate, że parzyło płuca.
Gdy otworzyłam oczy, nie byłam już w swoim łóżku.
Ziemia pode mną była kamienna. Mokra. Taka, która pamięta krzyki.
A komnata…
Mój Boże, ta komnata żyła.
Łańcuchy zwisały z sufitu niczym żebra wyrwane z jakiejś






