Gdy wyszliśmy z pokoju, na korytarzu panowała cisza.
Loredan zniknął. Żadnych kroków, żadnego utrzymującego się zapachu, nic poza słabym echem naszych oddechów i przyćmionym blaskiem kinkietów rzucających długie cienie na korytarz.
Szliśmy w milczeniu, ramię w ramię, w stronę miejsca, gdzie Dante zaparkował samochód. Noc otuliła nas niczym gruby, aksamitny całun, kojący i spokojny po burzy emocji,






